Author

Księżycova

Browsing

Po długiej przerwie wracam znów do kucharzenia. Wbrew moim obawom nareszcie nauczyłam się radować eksperymentowaniem w garnkach. Co więcej – mam wsparcie u jakże dzielnego i kochającego męża, który chętnie sprząta bałagan, jaki zastaje w kuchni po moich kuchennych rewolucjach (a wierzcie mi, że bałaganiara ze mnie nie mała) 😀

Dzięki marce Primavika, która zaopatrzyła mnie w zestaw maseł orzechowych i sezamowych mam okazję nieco z nimi poszaleć. Zuzia, niezawodna przyjaciółka, zainspirowała mnie kurczakiem po kenijsku, który często gotuje dla swojej rodzinki. Nie mogłam się oprzeć. Od razu zapragnęłam spróbować kuchni afrykańskiej!

Danie jest tanie, niesamowicie proste i szybkie w wykonaniu. Idealnie sprawdzi się na obiad jak również jako danie główne na walentynkową kolację 🙂

Kurczak po kenijsku

Składniki:

  • 2 filety z piersi kurczaka
  • 3 łyżki masła orzechowego Primavika 100%
  • puszka krojonych pomidorów
  • 3 łyżeczki koncentratu pomidorowego
  • 4 łyżki ketchupu pikantnego
  • 1 cebula czerwona
  • 4 ząbki czosnku
  • papryka słodka, chili
  • curry
  • sól, pieprz
  • olej do smażenia

Przygotowanie:

Cebulę wraz z czosnkiem pokroiłam w drobną kostkę, podsmażyłam na odrobinie oleju. Następnie dodałam kawałki kurczaka. Doprawiłam solą, pieprzem, curry, papryką słodką oraz pieprzem. Usmażone mięso zalałam pomidorami z puszki. W ostatnim kroku dodałam koncentrat pomidorowy, ketchup i na koniec masło orzechowe. Całość gotowałam pod przykeyciem na wolnym ogniu przez około 10 minut. Kurczaka podałam z brązowym ryżem. Misja zakończyła się pomyś… przepysznie!

Smacznego!

Rzadko, aczkolwiek kilka razy w życiu zdarzyło mi się spotkać z ludźmi, którzy niespodziewanie wprowadzili światło do mojej codzienności. Czasem były to zwyczajne kilkuminutowe luźne gadki podczas spaceru, czy nawet oczekując w kolejce w supermarkecie, które mimo swej prostoty były wyjątkowe i na długo zapadały mi w pamięć.

Latem, łapiąc z Majką promienie słońca na jednej z ławek na chełmińskim rynku miałam przyjemność porozmawiać z pewną kobietą. Była w średnim wieku i gołym okiem widać było, że czasu wolnego ma aż nadto. Rozpoczynając od błahego pytania o godzinę (choć w zasięgu wzroku był wielki zegar na ratuszu), wdałyśmy się w niesamowicie ciekawą dyskusję. Na pozór zwyczajna rozmowa sprowadziła nas na temat szczęścia. Rozmawiałyśmy o tym, jak istotne jest poszukiwanie radości w życiu. Mimo wielu różnic poglądowych obydwie byłyśmy zgodne co do tego, że należy doceniać i cieszyć się z małych rzeczy. Bardzo mile wspominam tą kobietę. Mam nadzieję, że jeszcze będziemy miały okazję zamienić ze sobą kilka słów.

Dziś miałam przyjemność porozmawiać z równie interesującą osobą – Izą. Izę poznałam 11 marca 2017 roku podczas III edycji Blogilly. Dziś, spotkałyśmy się w nieco innych okolicznościach, a tematem rozmów było nie tyle blogowanie co macierzyństwo. Choć teoretycznie znamy się od dwóch lat, tak dopiero dziś miałyśmy okazję porozmawiać w cztery oczy i… okazało się, że mamy ze sobą bardzo wiele wspólnego. Nie spodziewałam się, że może być tego aż tyle! Mam nieco specyficzne podejście do życia i zwykle ludzie dziwią się na to, co opowiadam o sobie i o tym, jak żyję. Przyzwyczaiłam się do tego, że często reagują zdziwieniem, zniesmaczeniem i przerażeniem na to, co opowiadam ;D Iza zaś zwykle przytakiwała, że u niej sytuacja wygląda identycznie. Czyżbym odnalazła bratnią duszę? Obydwie zastanawiałyśmy się jak to możliwe, że wcześniej tego nie odkryłyśmy. Nareszcie spotkałam na swej drodze kogoś, kto w ma takie samo spojrzenie na świat panujący w social mediach i podobnie jak ja uznaje rzadko spotykany dziś minimalizm. Wyrwałam się na chwilę z domu, spędziłam bardzo miło czas i poznałam nieco lepiej Izę, która jest wspaniałą kobietą 🙂 Dziękuję.

Właśnie dzięki takim spotkaniom i takim ludziom polubiłam wychodzenie naprzeciw światu. Tego typu rozmowy mnie uskrzydlają, przywracają wiarę w ludzkość do tego stopnia, iż jestem w stanie powiedzieć, że… lubię ludzi.

Jako mama staram się wybierać dla mojej pociechy to, co najlepsze. Już będąc kulką ze skarbem w brzuszku poszukiwałam kosmetyków idealnych dla delikatnej niemowlęcej skóry. Po dogłębnych analizach szybko doszłam do prostego wniosku – im krótszy skład, tym lepiej. Po drugie bardzo istotny był dla mnie zapach i jego natężenie. Dziś, kiedy moja córeczka ma prawie roczek doskonale wiem, czego oczekuje jej wrażliwe ciałko i na co powinnam zwracać uwagę podczas zakupów w drogerii.

W ostatnich dniach miałam przyjemność przetestować kosmetyki Corine de Farme. Marka ta zapoczątkowała w roku 1969 we Francji. Jej założycielem był Paul Duprez. Początkowo Corine de Farme oferowała naturalne produkty do pielęgnacji skóry i higieny niemowląt. Obecnie firma posiada ofertę wzbogaconą o naturalne ekstrakty dla całej rodziny.

Delikatny szampon z ekstraktem z nagietka

Świetny, wydajny, bardzo mocno się pieni i… (choć producent zapewnia, że nie) niesamowicie szczypie w oczy. Niestety przez silny detergent, jakim jest SLS, trzeba bardzo ostrożnie myć dziecku włoski tak, by kosmetyk pod żadnym pozorem nie dostał się do oczu. Maja lubi szaleństwa w wodzie i niestety mycie włosków skończyło się na niemałym płaczu. Ponadto zaletą i jednocześnie wadą szamponu jest jego zapach. Jest on przecudowny, szczerze go ubóstwiam! Jednakże utrzymuje się on na skórze i włosach bardzo, baaardzo długo. Trzy dni odczuwania jego zapachu wzbudziły u mnie wątpliwości na temat delikatności owego kosmetyku. Już po pierwszym użyciu postanowiłam go Majce odstawić. Używałam go do mycia własnych włosów i byłam szczerze zadowolona z efektów. Jedwabiście gładkie, miękkie i lśniące włosy. U osoby dorosłej SLS nie jest wrogiem, silne zapachy również nie stanowią problemu. Osobiście dodałam do buteleczki atomizer dla zwiększenia wydajności i wygody w użytkowaniu. Podsumowując: Delikatny szampon z ekstraktem z nagietka? Dla młodzieży i dorosłych – TAK, dla niemowląt – NIE.

Delikatny żel myjący 2w1 z ekstraktem z nagietka

Producent zapewnia, że jest to delikatny myjący kosmetyk w formie żelu do włosów i ciała. Koi i wygładza dzięki naturalnemu wyciągowi z nagietka. Nie szczypie w oczy – tutaj mam wątpliwości. Albo szczypie, albo coś z moimi oczami jest nie tak. Plusem jest to, że nie zawiera parabenów, fenoksyetanolu, alkoholu oraz mydła. Jest hipoalergiczny, testowany pediatrycznie i dermatologicznie. Zapach piękny, opakowanie duże, wygodne i praktyczne, kosmetyk bardzo wydajny, szybko się pieni, ale… Szczypie i pozostawia na długo na skórze intensywny zapach. Dodatkowo (nie wiem co mnie pokusiło), użyłam go do kąpieli po depilacji. To był bardzo zły pomysł. I bolesny.

Extra-delikatny żel myjący 2w1 z ekstraktem z kwiatu migdałowca

Choć znam kosmetyki do kąpieli o jeszcze lepszym składzie niż extra-delikatny żel myjący 2w1 z ekstraktem z kwiatu migdałowca, tak nie mam się do czego tutaj przyczepić. Mimo SLS kosmetyk faktycznie jest delikatny, ma przyjemny (choć znów bardzo trwały) zapach, szybko się pieni (Maja uwielbia bawić się pianką podczas pluskania w wannie). Butelka została wyposażona w wygodny atomizer, a to u mnie konieczny must have. Żel jest bardzo wydajny, nie wysusza, nie podrażnia, zapewnia odpowiednie nawilżenie skóry. Pomijając okolice oczu i silny zapach, nie mam się do czego przyczepić.

Ultra-ochronny żel myjący 2w1 z kompleksem Cold Cream

Ultra-ochronny żel myjący 2w1 z kompleksem Cold Cream to kosmetyk wzbogacony kompleksem roślinnym Cold Cream o właściwościach nawilżających i ochronnych. Jak zapewnia producent, składa się on z minimum 95% składników pochodzenia naturalnego. Ma bardzo przyjemną konsystencję, szybko się pieni, nadaje się do codziennej pielęgnacji. Ma trwały, choć delikatny, świeży zapach. Do jego zalet należy również fakt, iż nie zawiera parabenów, fenoksyetanolu oraz sztucznych barwników. Negatywy i pozytywy podobne jak u poprzedników.

Krem nawilżający z ekstraktem z nagietka

Krem nawilżający do twarzy i ciała został opracowany specjalnie do wrażliwej skóry niemowląt. Wzbogacony w ekstrakt z nagietka, masło Shea oraz roślinną glicerynę znane z właściwości nawilżających i ochronnych. Hipoalergiczny, pozbawiony parabenów, fenoksyetanolu, alkoholu. Bardzo przyjemna konsystencja, ekspresowe wchłanianie się wgłąb skóry, przyjemny i delikatny zapach. Jestem na tak.

Ultra-ochronny krem odżywczy z kompleksem Cold Cream

Ultra – ochronny krem odżywczy z kompleksem Cold Cream intensywnie odżywia oraz pielęgnuje bardzo suchą i wrażliwą skórę dziecka. Wzbogacony o kompleks roślinny Cold Cream znany z właściwości nawilżających i ochronnych, wosk z oliwek, masło Shea, ekstrakt z nagietka oraz glicerynę roślinną. Łagodzi, chroni skórę przed wysuszeniem, pozostawia ją miękką i delikatnie pachnącą. Idealny do codziennej pielęgnacji. Kosmetyk oceniam na plus.

Podsumowując: kosmetyki Corine de Farme nie są najgorszymi, z jakimi miałam do czynienia. Mimo to, znam wiele innych marek, których produkty mają znacznie lepszy skład. Ich delikatność pozostawia wiele do życzenia. Zapach wszystkich wymienionych pozycji jest absolutnie przepiękny, ale zdecydowanie zbyt silny dla bobasów. Chętnie wyposażę swoją kosmetyczkę kosmetykami Corine de Farme, Majki zaś niekoniecznie.

Nowy rok to idealny czas na wewnętrzną refleksję i podjęcie się wdrożenia do codzienności nowych nawyków. Wymaga to dużego zaangażowania i poświęcenia, którym nie każdy jest w stanie podołać. Istnieje jednak pewna skuteczna pomoc w ich systematycznym wykonywaniu…

Określ swój nawyk, sprecyzuj cel, codziennie oznaczaj wykonanie nawyku, podsumuj wyzwanie! Naviko – to aplikacja, za pomocą której w zaledwie pięciu prostych krokach osiągniemy sukces. Dzięki niej realizacja noworocznej listy planów do zrealizowania stanie się przyjemnością i ciekawym wyzwaniem.

Naviko działa w pewnym sensie na zasadzie zakładów. Doskonale wiadomo, że lubimy się zakładać, a co więcej – wygrywać zakłady. Na własnym przykładzie wiem, że to niesamowicie motywująca „dyscyplina”. Aplikacja przy podejmowaniu wyzwania, czyli wdrożenia nowego nawyku, wymaga wpłacenia depozytu. Wysokość kwoty, jaką chcemy przeznaczyć na cel jest dobrowolna. Ponadto musimy zadecydować na co przeznaczymy przelane środki w przypadku niewywiązania się z zadania. Do wyboru mamy: organizacje charytatywne, organizacje kontrowersyjne bądź zespół Naviko. W trosce o swoje finanse motywacja do realizacji obranego celu z pewnością będzie większa, a nasze postępy bardziej efektywne. Przetestowałam to na własnej skórze!

Pamiętajmy, że nie tylko początek roku jest czasem na zmiany. Każdy czas jest odpowiedni na to, by spełniać określone cele. Nie zwlekaj, działaj! Aplikacja jest dostępna do pobrania za darmo w Google Play. Jest banalnie prosta w obsłudze i minimalistyczna co zdecydowanie działa na jej korzyść. Nie posiada zbędnych funkcji, natrętnych reklam i zbyt wielu zasad. Z gotowej listy możemy wybrać sugerowane nawyki, bądź stworzyć własne, dostosowane do naszych wymagań. Jedynym minusem aplikacji jest fakt, że dostępna jest wyłącznie na urządzenia z systemem Android. Mam jednak nadzieję, że niebawem pojawi się także na App Store 🙂

Jeśli chodzi o moją listę tegorocznych postanowień to przyznam szczerze, że jest ona nadal w budowie. Na pierwszym miejscu widnieje urządzenie kącika dla mojej córeczki, jednak to już jest w trakcie realizacji 🙂 Kolejnym celem jest systematyczność w blogowaniu i codzienna aktywność fizyczna. Dzięki Naviko codziennie spacerujemy razem z Majeczką i niecierpliwie odliczamy czas do wiosny, gdy każdą wolą chwilę będziemy mogły spędzać poza domem 🙂 Więcej planów stworzę w ciągu reszty 362 dni tego roku, o czym z pewnością będę informować. Mąż zaś razem z Naviko zamierza rzucić nałóg palenia papierosów, co już niesie za sobą pozytywne efekty.

A na koniec życzę Ci w 2019 roku wytrwałości w postanowieniach i zadowolenia ze swych poczynań. Bądź szczęśliwy.

Z modą jak dotąd miałam tyle wspólnego, co politycy z prawdomównością. Nie miałam nigdy parcia, by nadążać za trendami. Było to dla mnie nie tyle mało ciekawe, co trudne. Istnieją jednak na świecie dobre duszyczki, które sprawiają, że rzeczy skomplikowane, stają się proste jak drut! Karolina Domaradzka – osobista stylistka to jedyna osoba, która zdołała mnie uświadomić w temacie mody. Jeszcze kilka miesięcy temu wtapiałam się w tłum z szafą wypełnioną od góry do dołu klasyczną, bezpieczną czernią. Jednak po odkryciu jakim była Karolina, odważyłam się zrobić krok na przód. Nigdy nie pomyślałabym, że będę z ogromną frajdą łączyć kolory i najrozmaitsze printy tworząc niebanalne stylówki. Dziś, czuję się odważnie, pewnie i modnie. Stylistka prócz osobistych konsultacji prowadzi instagrama, z którego w prosty i całkowicie darmowy sposób można zrozumieć prawa, jakimi rządzi się moda i nadążać za panującymi trendami. Dziękuję Karolino!

Skoro już odważyłam się na rozpoczęcie przygody modą, chciałabym zaprezentować Wam moje własne inspiracje na święta 2018. Jak co roku grudzień jest dla mnie i mojej rodziny wyjątkowym miesiącem, w którym obchodzimy najwspanialsze nie tylko bożonarodzeniowe, ale i osobiste święta, m.in. takie jak rocznica ślubu czy urodziny Majki. W związku z tym, jest to czas, w którym mam duże zapotrzebowanie na ciekawe stylizacje 🙂

Swoje propozycje w prosty i szybki sposób zebrałam dzięki platformie Domodi, która od roku 2011 gromadzi oferty ze sklepów odzieżowych on-line.

SUKIENKA W WĘŻOWY WZÓR MARGUERITE

MIDI SUKIENKA SHARI

ZIELONA SUKIENKA DOLCE HAVANA

 

SUKIENKA Z CEKINAMI BONPRIX

CZARNO-BIAŁA SUKIENKA BONPRIX

 

 

Mamą chciałam być odkąd tylko wkroczyłam do świata dorosłych. Marzyłam o krągłym brzuszku, o kopniaczkach maleństwa, o poświęceniu się na rzecz macierzyństwa, ale… Nie dopuszczałam do siebie myśli o karmieniu piersią. Odkąd euforia wywołana pozytywnym wynikiem testu ciążowego opadła pojawiły się obawy. I co najzabawniejsze wcale nie bałam się porodu. Bałam się… karmienia. Nie czułam się ssakiem. Sama myśl o przystawieniu dziecka do piersi wywoływał we mnie swego rodzaju wstręt, niesmak i żażenowanie. Wiedziałam, że będę karmić córkę mlekiem modyfikowanym. Była to świadoma i pewna decyzja. Oczywiście poprzez aktualnie panującą modę na laktoterror skrywałam swoje ciche postanowienie. Unikałam tematu jak tylko to było możliwe, choć nie było to łatwe. Co komu do mojego biustu? I czemu biust czy piersi u kobiety karmiącej nagle stają się po prostu cyckami? Ahh, jak ja nieznosiłam tego słowa. Na samą myśl dostawałam rumieńców. Cycki oficjalnie należały do mojego osobistego słownika tabu.

No i stało się. Po prawie dziesięciu miesiącach turlania się z brzuchem Maja przybyła na świat poprzez cesarskie cięcie. Rozwiązanie ciąży było nagłe, nieplanowane. Poprzez zanikanie tętna płodu w ciągu 5 minut trafiłam pod nóż. W całym tym zamieszaniu nie zdążyłam nawet pomyśleć o tym, że zaraz moje dziecko przybędzie na świat i… będzie głodne. W szpitalu, w którym rodziłam laktoterror był wszechobecny. Już samo wspomnienie o mleku modyfikowanym działało na położne niczym płachta na byka. Odmawiając więc przystawienia bobasa do piersi igrało się z bandą nawiedzonych bab.

Na sali operacyjnej czas mijał niesamowicie szybko. Nim zdążyło dotrzeć do mnie, że własnie rozdzierają mi brzuch, usłyszałam ją. Piękny, donośny płacz. „O wow!”, „Ho, ho, ho! Duża dziewczynka.” – pierwsze słowa lekarza i asystentki. „Ma pani piękną, zdrową córeczkę”. Nie zgadniesz, o co spytałam… „Ma włosy?”

Maja wyglądała dokładnie tak, jak w moich wyobrażeniach. Pulchniutka, kudłata, ciemnowłosa kluseczka. Gdy tylko przewieziono mnie na salę położna oznajmiła mi, że czas na przystawienie dziecka do piersi. Czułam się potwornie skrępowana i zagubiona, ale zgodziłam się. Czemu? Odpowiedź jest prosta. Bo instynkt macierzyński tak mi nakazywał. Czułam, że Maja tego potrzebuje, a ja będę miała do siebie żal jeśli nawet nie podejmę próby. Było dziwnie, nieudolnie i niezbyt poprawnie, ale walczyłam. Dwie pierwsze noce były straszne. Piersi okropnie mnie bolały, czekałam zrezygnowana na nadejście pokarmu, którego zwyczajnie nie było. Drugiej nocy zaczęłam błagać położne o mleko. Dostałam mnóstwo glukozy, którą miałam oszukiwać małą, ale to również było bezowocne (tu bardziej pasowałoby bezmleczne). W końcu, gdy płakałam razem z Majką dostałyśmy upragnioną butelkę mleka. Nie popsuło to mojego zapału. Dzięki temu mogłyśmy odpocząć i nabrać sił na dalszą walkę o karmienie naturalne.

W trzeciej dobie, kiedy szczęśliwe wróciłyśmy do domu, zaczęło się… Przybył wyczekiwany pokarm. Cóż to był za ból… Cesarka była dla mnie o wiele łaskawsza od nadejścia pokarmu, zastojów i zapaleń piersi. Serio. I wtedy zaczęłam pękać. Roniąc łzy z dzieckiem przy piersi studiowałam google pod hasłem: „jak zatrzymać laktacje”. Zaczęłam eksperymentować z szałwią, która hamowała produkcję mleka, ale już po pierwszej filiżance dopadły mnie matczyne wyrzuty sumienia. Koniec końców pokarmu po ziołach faktycznie przestało przybywać, a ja nareszcie odczułam ulgę. Maja na bieżąco ściągała pokarm. Choć ból przy karmieniu towarzyszył mi długo, tak z każdym dniem coraz lepiej go znosiłam. Widziałam, że zaspokajam potrzeby mojego dziecka. Zakochiwałam się w niej każdego dnia coraz bardziej, choć codziennie byłam pewna, że bardziej kochać się już nie da. „Kocham cię mocniej niż wczoraj, ale mniej niż jutro.” – stały tekst w moim małżeństwie sprawdził się również w przypadku rodzicielstwa. Tak oto w mej miłości skora byłam do poświęceń. Z matki, którą brzydziło ludzkie mleko stałam się dumną matką karmiącą.

Mamy zatem na koncie 1 butelkę mleka modyfikowanego, trzy zapalenia piersi, mnóstwo krwiaczków, siniaczków, zadrapań, ugryzień i… 11 miesięcy. Za miesiąc minie rok odkąd Maja jest z nami i rok, odkąd się „cycusiamy”. Tak, napisałam to! Nie tylko się przełamałam w tej kwestii, ale także nabrałam ogromnego dystansu do tej jakże ważnej części ciała kobiecego. Wyluzowałam.

Karmienie nie jest łatwe. Karmienie nie zawsze jest przyjemne. Ale to najcudowniejsza bliskość, więź, duma i zaangażowanie. I gdyby nie mój nagły instynkt i zaangażowanie wiem, że nie podjęłabym się tego. Dlatego w pełni szanuję wszystkie matki bez względu na to, jak karmią swoje pociechy i NIE AKCEPTUJĘ laktoterroru. To jest nasz świadomy wybór.

MOM.SOS

Moim wiernym towarzyszem przy laktacji był Mom SOS. Momek to nic innego jak słynny różowy napój na laktację. Choć na ogół mleka miałam pod dostatkiem, tak zdarzały się gorsze, kryzysowe dni, kiedy potrzebowałam wsparcia. Momek nigdy mnie nie zawiódł. Miałam przyjemność, lub raczej nieprzyjemność pić najróżniejsze mikstury, których zadaniem było cudowne rozhulanie produkcji mleka. Nie dość, że smak był okropny, specyfik słono kosztował to jeszcze nie przynosił rezultatu. Momka ujrzałam pierwszy raz na instagramie. Zdecydowałam się na niego tylko dlatego, że jego smak jest ciasteczkowy. Czy to nie brzmi kusząco!? Co do działania, podeszłam do tego z dużym dystansem. Nie oczekiwałam super efektów, ale… Wypiłam zaledwie jeden kubeczek i bum! Po godzinie miałam pokarmu aż nad to. Nie wiem, czy to siła autosugestii, czy różowa pychotka rzeczywiście jest tak magiczna, ale efekt jest natychmiastowy. Odkąd piję Momka noce są dużo przyjemniejsze. Maleńka budzi się około 3-4 razy na jedzenie (nie 15-20 jak przed spożywaniem napoju).

Jakie są jego zalety?

  • po pierwsze – nie ma paskudnego ziołowego smaku, który często towarzyszy tego typu produktom. Momek ma smak ciasteczkowy!
  • po drugie – pięknie wygląda. Wygląd ma znaczenie, dobrze o tym wiecie. I znacznie przyjemnie pije się różową miksturkę od zielono-żółtych siurków 😀
  • po trzecie – można pić go na zimno i na ciepło,
  • po czwarte – ma naturalny, w pełni bezpieczny skład,
  • po piąte – jego cena jest bardzo przystępna,
  • i na koniec najistotniejsze – DZIAŁA!

Choć początkowo nie wierzyłam w Momka tak na chwilę obecną polecam go wszystkim mamusiom walczącym o laktację i pragnącym ją utrzymać jak najdłużej. Gdy po raz pierwszy natrafiłam na stronę napoju pozytywne opinie, niektóre aż zbyt pozytywne, wydały mi się zwyczajną podpuchą. Mimo to spróbowałam i jestem w absolutnym szoku. Nic dziwnego, że matki tak szaleją za tym różowym cudem. Napój ten pomaga wielu kobietom bezstresowo wykarmić swoje maleństwa. Przygotowanie napoju jest banalnie proste, a efekty możemy zaobserwować od razu!

Jedynym malutkim minusem jaki zaobserwowałam jest to, iż w przypadku picia napoju na zimno ciężko rozbić proszek. Wówczas tworzą się małe grudki które bywają irytujące. Ale i na to znalazłam sposób 🙂 Proszek zalewam odrobinką wrzątku, po czym łączę go z zimnym mlekiem i gotowe!

Zdrowo, smacznie, skutecznie i różowo! Polecam z całego serca!

 

 

Znalezione obrazy dla zapytania mom sos