Author

Księżycova

Browsing

No to czas na braciszka!” usłyszałam od rodziny tuż po gratulacjach gdy podziwiali moją nowo narodzoną córeczkę. Ból pooperacyjny, dyskomfort wywołany świeżo rozpoczętą przygodą z karmieniem, buzujące hormony i ogólna niemoc sprawiały, że tego typu teksty delikatnie mówiąc doprowadzały mnie do szału. Wściekałam się na sam fakt, że ludzie z zewnątrz bezwstydnie decydowali o tym, kiedy moja macica ma znów przygarnąć w swe „progi” człowieczka, mało tego, decydowali nawet o tym, jakiej ma być płci. Wiem, że tak się zwykle mówi, że to tylko takie tradycyjne gadki, ale nie umiem tego tolerować choćby dlatego, że… nie planuję więcej dzieci.

Początkowo starałam się puszczać mimo uszu wszelkie sugestie z tym związane. Sądziłam, że to tylko przejściowy etap, który należy przetrwać. Majka skończyła miesiąc, trzy, pół roku, roczek, a ciążowe nagonki wcale nie ustawały. W końcu zaczęłam odpowiadać. Jasno oznajmiałam, że nie planuję więcej dzieci. Machali rękoma na moje słowa sądząc, że nie jestem świadoma swych słów, ale nie dawałam za wygraną i powtarzałam swoją decyzję do skutku, aż do nich dotarła. Myślałam, że to raz na zawsze zamknie temat. Naiwniara. Wsadziłam kij w mrowisko.

Nie było pytań skąd taka moja decyzja, spadł zaś na mnie deszcz (a raczej grad) osądów. „Jesteś niepoważna, co to za rodzina z jednym dzieckiem?!„, „Jeszcze pożałujesz tej decyzji, zobaczysz„, „Nawet nie wiesz jak wielką krzywdę wyrządzisz tym swojej córce„, „Matka jednego dziecka to nie matka„. Wyszłam więc na podłą i egoistyczną matkę, ale cokolwiek by się wydarzyło (pomijając rzecz jasna nieplanowaną ciążę), zdania nie zmienię. Najgorsze i najbardziej irytujące jest w tym wszystkim to, że nikt nie zapytał mnie, dlaczego chcę być mamą jedynaczki. Nikt. Smutne jest to, że łatwiej ludziom bezpodstawnie mnie osądzać niż choćby spróbować zrozumieć.

Dlaczego nie chcę mieć więcej dzieci?

Jestem głęboko oddana macierzyństwu. W wychowanie Majki wkładam całe swoje serce i wiem, że jednym z kluczy do sukcesu, czyli posiadania szczęśliwego dziecka, jest zarażanie go szczęściem własnym. Krótko mówiąc wyznaję zasadę: szczęśliwa matka = szczęśliwe dziecko. Mając jedno dziecko, w dodatku upragnioną córeczkę jestem w macierzyństwie spełniona i wiem, że kolejne dzieci mogłyby moje szczęście zburzyć. Rodzice jedynaków ze świadomego wyboru zwykle napiętnowani są mianem egoistów. Słusznie. Bez skrępowania przyznam, że decyzję podjęłam m.in. ze względu na samą siebie. Niebawem będę mogła znów wrócić do pracy i częściowo odzyskać niezależność, nie będę musiała martwić się o finanse, o dzielenie czasu wolnego na gromadkę pociech. Drugie dziecko zmieniłoby moją rutynę. Nie mogłabym być tym, kim chcę być. Poza tym wiem, że bym nie podołała jako podwójna mama. Zapewne chodziłabym każdego dnia w obdartych dresach z „cebulką” na głowie, w ogóle nie zastanawiając się co dziś dla siebie zrobić, bo może nie tyle bym musiała co wolałabym poświęcić się dzieciom. Nie umiałabym inaczej. A zatem może i moja decyzja to przejaw narcyzmu, nie przeczę. Żyję zaś w zgodzie z własną wizją i jestem szczęśliwa. Bo przecież o to w życiu chodzi, prawda?

Podobnie jak Lauren Sandler, autorka książki „Jedno i już” nie zamierzam powiększać rodziny na postawie utartych stereotypów i pod wpływem presji kulturowej, ale nie zgadzam się z jedną kwestią, o której napisała:

„Jako rodzice, którzy zdecydowali się poprzestać na posiadaniu jednego dziecka, musimy pogodzić się z dokuczliwym odczuciem, że stawiamy nasze własne dziecko w sytuacji, której nie będzie mogło zmienić. Decydujemy się nie zobaczyć nigdy dwojga dzieci chlapiących się w kąpieli, tarzających w stercie zgrabionych liści, szepczących pod kołdrą, kłócących się przy stole podczas obiadu, trzymających się za ręce na naszym pogrzebie.”

Guzik prawda. Przecież to od nas, rodziców, zależy jak dziecko będzie rosło – samotnie czy w towarzystwie. Maja ma wspaniałe kuzynostwo i koleżeństwo, z którymi spędza możliwie jak najwięcej czasu i z którymi kolekcjonuje wspaniałe momenty. Twierdzenie Halla, iż jedynacy to nieprzystosowani społecznie mięczacy to kompletna bzdura. Skąd to wiem? Bo sama, mimo że rodzeństwo posiadam byłam takim mięczakiem. Poza tym udowodniono naukowo, że jedynacy mają tłumy przyjaciół, odnoszą sukcesy i wcale nie czują się samotni. Co więcej, są szczęśliwsi niż osoby mające rodzeństwo, a ich rodzice bardziej cieszą się życiem niż małżeństwa wychowujące gromadki maluchów (źródło: Newsweek, Katarzyna Burda: „Jedynakiem być„).

Podsumowując: nie należy oceniać matek przez pryzmat ilości urodzonych dzieci. Matki zaś nie powinny podążać za tłumem, a za głosem serca nie zważając na opinię społeczeństwa. Z doświadczenia wiem, że i tak ludziom nie sposób dogodzić. Rodzice jedynaka to egoiści, zaś pary mające więcej dzieci to łowcy pięćset plus. Mam tylko jedną radę/prośbę – żyj własnym życiem, a jeśli koniecznie musisz jakąś kwestie osądzić to najpierw spróbuj ją zrozumieć.

Jesienna chandra zdaje się zewsząd atakować, ale po co się nad nią rozczulać? Zamiast zamykać się w czterech ścianach, otulając kocem i szlochać nad tym, jak bardzo świat i ludzie są źli lepiej wziąć się w garść i stanąć do walki. Chwyć parasol, kalosze i poskacz po kałużach. Nie uwierzę jeśli powiesz, że tego nie lubisz. Wystarczy nawet krótki spacer. Wybierz się do parku, do lasu, na zakupy, po prostu rusz tyłek! Skorzystaj z jesiennych cudów natury i wykaż się kreatywnością. Kasztankowe ludziki, bukiety z liści, grzybobranie, a może… dyniowa zupa? Wyznam Ci, że to mój klasyk, moje niezawodne antidotum na jesienną chandrę. Poniżej znajdziesz recepturę na niepowtarzalną zupę, która z pewnością doda Ci wigoru.

Składniki:

🍁 mała dynia
🍁 puszka krojonych pomidorów
🍁 4-5 średniej wielkości ziemniaków
🍁 1 cebulka
🍁 3-4 ząbki czosnku
🍁 2 szklanki bulionu
🍁 1/4 kostki masła
🍁 1 łyżeczka sproszkowanego imbiru
🍁 1/3 łyżeczka chili
🍁 1/2 łyżeczki cynamonu
🍁 łyżeczka kurkumy
🍁 sól
🍁 pieprz

Do dekoracji:

🍁 natka pietruszki
🍁 śmietana 18%
🍁 domowe grzanki

Przygotowanie:

🔴 Zaczynamy od najistotniejszej kwestii – rozcinamy dynię. Usuwamy z niej nasionka, a miąższ pozbawiony skórki kroimy na średniej wielkości kostkę. Możesz także wyciąć dynię od góry tak, by jej wierzchnia warstwa mogła posłużyć później jako halloweenowy lampion, albo efektowną i ekologiczną miskę do gotowej już zupy. Z pestkami masz prawo zrobić co dusza zapragnie, choć zachęcam do ich wysuszenia.

🔴 Dynię gotujemy w bulionie. Ziemniaki obieramy, kroimy w drobną kostkę i wraz z posiekaną cebulką i ząbkami czosnku podsmażamy na maśle. Całość doprawiamy solą, pieprzem, kurkumą i imbirem.

🔴 Zeszkloną cebulę i czosnek wraz z zarumienionymi ziemniakami dodajemy do wywaru z dynią.

🔴 Następnie dodajemy krojone pomidory z puszki.

🔴 Całość gotujemy do czasu, aż składniki będą odpowiednio miękkie. Podczas blendowania dodajemy do zupy pół szklanki mleka.

🔴 Na koniec doprawiamy krem papryczką chili i cynamonem.

🔴 Gotowe danie podajemy z kleksem śmietany 18%, natką pietruszki i domowymi grzankami. Możesz użyć w tym celu również pestek słonecznika, pestek dyni, płatki papryczki chilli lub prażoną cebulkę.

🔺🔻🔺🔻🔺🔻🔺🔻🔺🔻🔺🔻🔺🔻🔺🔻🔺🔻🔺

WAŻNE: jeśli posiadasz małe dzieci nie dodawaj chili bezpośrednio do garnka. Starszym łasuchom możesz dodać jej szczyptę bezpośrednio do salaterek.

🔺🔻🔺🔻🔺🔻🔺🔻🔺🔻🔺🔻🔺🔻🔺🔻🔺🔻🔺

Zupa jest bardzo aksamitna, sycąca i rozgrzewająca. Jestem pewna, że to najlepszy „lek” na jesienną chandrę.

Smacznego! 💟

Mam dziwny zwyczaj wyróżniać się upodobaniami od większości. Latem, gdy niemal każdy radośnie chwyta dnie iście tropikalnego lata w Polsce ja ledwo żyję odliczając dni do jesieni. To nie tak, że nie lubię lata, choć wiem, że często to powtarzam gdy tylko temperatura przekroczy dwadzieścia pięć stopni. Każda pora roku ma swoje wady i zalety, ale zdecydowanie najlepiej czuję się zarówno fizycznie jak i psychicznie w okresie jesieni i zimy. Dziś otoczona zewsząd narzekaniami że jest ciemno, buro, szaro, zimno i deszczowo ja mam ochotę wirować wraz ze spadającymi liśćmi w strugach deszczu. To jest mój czas.

Kocham złotą polską jesień, czas refleksji, wieczorów z nosem w książce wśród aromatycznych świec i z kubkiem ulubionej kawy w dłoni. Uwielbiam zimę, bo jest magiczna, bo najwspanialsze momenty mojego życia dzieją się zawsze o tej porze roku. Mój mózg najlepiej pracuje od września aż po marzec. Kreatywność, wena, inwencja twórcza działają wówczas na najwyższych obrotach. Czerpię z tego ile się da i rozmyślam, planuję, tworzę.

Majce również podoba się pogoda za oknem. To druga jesień w jej życiu. Gdy tylko zachęcam ją do wyjścia na zewnątrz biegnie pod drzwi i zadaje najważniejsze pytanie – „Pada deść?”. Bo spacery w deszczu to największa frajda. Wychodzimy z obowiązkowym wyposażeniem – kalosze, parasol, koszyczek na kasztany, żołędzie, liście, patyczki, kamyczki, piórka. Wędrujemy za rękę podziwiając cuda natury, a wierzcie mi, że nawet w mieście nietrudno je znaleźć. Uwielbiam się jej przyglądać. Ze wzruszeniem i zarazem niedowierzaniem obserwuję jak wiele już potrafi, jak przemierza na swych małych nóżkach świat w jaki sposób na niego patrzy. Jeszcze rok temu moja mała kluseczka raczkowała wśród liści niewiele rozumiejąc, a dziś jest kasztankomaniakiem radośnie biegającym po kolorowym parku, tupiąc w kałużach i zadając swoje pierwsze pytania „dzie?”, „a cio to?”. Już za chwilę skończy dwa latka. Ciężko mi w to uwierzyć, ale nie zamierzam rozpaczać jak mają w zwyczaju niektóre mamusie, z którymi mam kontakt. Jakoś tak wcale nie jest mi przykro, wręcz przeciwnie. Jestem absolutnie spełniona obserwując jak szczęśliwie rośnie i odkrywa świat. I czekam cierpliwie na coraz to bardziej skomplikowane pytania z jej strony. Kto wie, może niebawem, za kilka lat spyta mnie dlaczego liście zmieniają kolor, a ja… ja z najwyższą przyjemnością udzielę jej odpowiedzi.

Jako mama odkryłam też ciekawą zaletę jesieni – oszczędność. Natura daje nam w tym czasie tyle dobroci, że nie trzeba kupować dzieciom zabawek. Ludziki z kasztanów i żołędzi, bukieciki, wyklejanki i pieczątki z liści, wianki z wykorzystaniem orzechów i szyszek, halloweenowe dekoracje: lampiony z dyni, dynie ozdobne i wiele więcej. To wspaniały czas dla miłośników zero waste i dla osób kreatywnych, lubiących ręczne robótki.

Czy doprawdy nie widzisz jak wspaniała jest jesień?

Latami gnałam na oślep pod wiatr w poszukiwaniu przystani, czegoś, co da mi szczęście, poczucie bezpieczeństwa i spełnienia. Czułam się jak zagubiony puzzel układanki, który błąka się po świecie z nadzieją na odnalezienie pozostałych elementów. Niewiele jest rzeczy, które do mnie pasują, które mnie uzupełniają. Nadszedł jednak czas, kiedy trafiłam na cząstkę siebie. Odnalazłam ją w miłości – spotkałam na swej drodze ukochanego, a kilka lat później zostałam mamą. To właśnie macierzyństwo wywołało ogromny przełom, aktualizację, a może nawet naprawę hierarchii wartości i obranie nowego kierunku w moim egzystowaniu.

Do dziewiętnastego roku życia byłam święcie przekonana, że nie będę mieć dzieci. Nawet nie byłam w stanie rozważyć takiej opcji. Ja matką? Nigdy w życiu. Byłam tylko ja i moje szalone pomysły na przyszłość. Nie widziałam miejsca na potomstwo w beztroskim życiu na tropikalnych wyspach. Miałam spełniać swoje abstrakcyjne zachcianki, przemierzać drogi całego świata czarnym chevroletem impalą, popijać drinki z palemką, być niezależną, piękną i bogatą. Cóż… W rzeczywistości nie mam auta. Nawet nie wymieniłam prawa jazdy po zmianie nazwiska i obecnie zbiera kurz w portfelu 🙈. Nie jestem kobietą niezależną i do ideału jest mi potwornie daleko 👹. Dawniej broniłam się rękoma i nogami przed ustatkowaniem, a dziś… jestem mężatką. Mało tego, mam dziecko – córeczkę. To, co tak bardzo mnie przerażało, przed czym najbardziej się broniłam, od czego uparcie chciałam uciec… dało mi poczucie szczęścia. Utarty schemat, który był tak powszechnie wprowadzany w życiu większości ludzi okazał się nie być wcale taki zły. Będąc nieświadoma prawdziwego życia sądziłam, że to nudne, że nie warto być jak inni. Nie byłam w stanie zrozumieć dlaczego tylu ludzi godzi się na taki los. Teraz rozumiem.

Dopiero kiedy wyszłam za mąż zaczęłam pojmować o co tak na prawdę w tym chodzi. Nie tylko założyłam własną rodzinę, ale również zaczęłam rozumieć sens tego pojęcia. Dzięki J💕 nauczyłam się dbać o relacje z bliskimi, budować je. Instynkt macierzyński zaczął budzić się we mnie jeszcze przed tym, jak moje serce znalazło swoją połówkę. Mimo to starałam się o tym nie myśleć. Przerażała mnie ta wizja. Kiedy jednak miłość ogarnęła mnie w pełni moja silna wola zaczęła szwankować. Po podjętej decyzji o dziecku długo (bynajmniej w moim odczuciu) czekałam, aż sen się ziści. Kiedy się jednak udało dostałam wszystko. Wszystko. Ujrzałam upragnione dwie kreski. Ciąża już sama w sobie była dla mnie cudem, za który wdzięczna byłam (i wciąż jestem) całemu światu. Dziewięć miesięcy później urodziłam zdrową, piękną, wyśnioną córkę. Zostałam mamą.

Pomimo bezmiaru szczęścia i poczucia spełnienia bałam się. Często gdybałam obawiając się, co będzie jeśli nie podołam, jeśli okażę się złą mamą, jeśli nie starczy mi sił, jeśli zaniedbam jakąkolwiek rzecz związaną z M🐝 i… bałam się także tego, że może zabraknąć miejsca w codziennym życiu dla mnie, na spełnianie moich marzeń, na rozwijanie moich pasji, na odkrywanie świata. Pierwszy rok życia Majki był trudny. Obydwie uczyłyśmy się siebie nawzajem. Ja prócz opieki nad dość wymagającym dzieckiem, uczyłam się prowadzenia domu, wielozadaniowości i organizacji czasu. Podczas nieprzespanych nocy, w natłoku obowiązków nie raz dopadały mnie kryzysy, chwile bezsilności, ale nigdy, przenigdy nie żałowałam. Może i dziecko zabiera mnóstwo cennego czasu, uwagi, sił, a nawet pieniędzy, ale daje w zamian o wiele, wiele więcej. Jako mama nareszcie nabrałam pewności siebie. Otworzyłam się bardziej na świat, na ludzi. Przestałam uciekać przed nieznanym, odsuwać od siebie wszystkich wkoło. Zaczęłam dostrzegać piękno otaczającego mnie świata jakby bardziej niż zwykle, zaczęłam cieszyć się z drobnostek, doceniać każdy szczegół. Stałam się wrażliwsza, bardziej zdystansowana do samej siebie, a nawet gotowa do walki o swoje racje. Doceniam to, co w życiu jest ważne. Dojrzałam, zmądrzałam, obudziłam się. Czuję, że rola matki była mi pisana, gdyż dopiero teraz jestem w stanie żyć w zgodzie z samą sobą. Czuję, że jestem potrzebna, że mam prawdziwą misję do spełnienia – zadbać o to, by M🐝 zawsze była szczęśliwa.

Jestem spełniona. Jako kobieta, jako matka. Czuję się pewniej, czuję się pełniej. A wszystko to dzięki maleńkiej, cudownej istotce, która wszystkiemu nadaje sens…

Mama

Wakacje to trudny okres dla naszej skóry. Czynniki takie jak wysokie temperatury czy też działanie promieni słonecznych mają na nią niekorzystny wpływ. Koniecznym jest zaopatrzenie się w odpowiednie kosmetyki, które zapewnią nam jak najlepszą ochronę. Krem nawilżający, krem z filtrem przed i po opalaniu, lekki balsam to absolutne must have’y, ale najważniejsze jest odpowiednie przygotowanie na spotkanie z lipcowym słońcem. Nim rozpoczniemy eksponowanie ciała, warto zastosować kilka prostych zabiegów. Po pierwsze: złuszczanie martwego naskórka dzięki peelingom gruboziarnistym. Po drugie – moc nawilżenia, która jak wiadomo jest kluczem do pięknej, lśniącej skóry. Poznaj kosmetyki Maudi, które towarzyszą mi tego lata.

Cukrowy peeling czekoladowy

Ileż razy musiałam się powstrzymywać przed jego zjedzeniem! Zmysłowy zapach czekolady pobudza zmysły tak bardzo, że ciężko jest poskromić żądzę łasucha. Zamiast nałożyć kosmetyk na skórę miałam ochotę zaaplikować go prosto w usta! Peeling jest wydajny, ma grube ziarna, które poza ścieraniem naskórka świetnie masują skórę i poprawiają jej ukrwienie. Kosmetyk jest zwarty, nie ucieka podczas kąpieli przez palce. Pozostawia na skórze pewnego rodzaju filtr, który daje poczucie wygładzenia i dogłębnego nawilżenia. Kosmetyk ma świetny skład, zawiera węgiel aktywny, masło shea, ziarna kakaowca oraz cukier.

Cukrowy peeling truskawkowy

Kolejny niebiańsko pachnący kosmetyk od Maudi, który perfidnie prowokował mnie do jego konsumpcji. Z trudem udało mi się opanować i zgodnie z przeznaczeniem nakładałam go na ciało. Peeling jest kosmetykiem, który nie tylko wygładza, odżywia i pielęgnuje naszą skórę, ale również zabiera nas w krainę rozkoszy. Relaks i ukojenie zmysłów gwarantowane. Peeling niewiele różni się od poprzedniego kosmetyku. Jego skład zawiera olej z pestek truskawek, masło shea oraz cukier. Przyjemnie masuje skórę pozostawiając ją oczyszczoną, wygładzoną oraz dogłębnie nawilżoną. Podobnie jak peeling czekoladowy jest zwarty i starcza na kilka – kilkanaście użyć (w zależności od potrzeby). Odniosłam wrażenie, że truskawkowy peeling ma większą moc nawilżenia niż czekoladowy. Poza tym cudowny zapach i kolor sprawił, iż uznałam różowy kosmetyk jako faworyt nr 1.

Obydwa peelingi stosowałam naprzemiennie, przez miesiąc czasu. Efekty? Dzięki tym dwóm cudownie pachnącym „drapaczom” skóra szybko i skutecznie pozbywa się starego naskórka, zanieczyszczeń, a nawet drobnych niedoskonałości. Jest ekstremalnie nawilżona, wygładzona. Jej koloryt i napięcie się poprawiło. Brzuch, pełen rozstępów znacznie się poprawił. Luźna skórka nieco się wciągnęła, stała się bardziej napięta, a rozstępy zrobiły się bledsze i płytsze. Po peelingach dużo lepiej przyswajałam opaleniznę, która jest trwalsza niż zazwyczaj. Jednak jak każde kosmetyki, tak i one mają pewne wady. Po pierwsze są absolutnie uzależniające! Po drugie: zostawiają na ściankach wanny tłusty, ciemny osad, przez co należy myć wannę po każdym ich użyciu.

Olej z dzikiej róży

Spośród wszystkich dostępnych olejków zawsze najchętniej sięgałam po olej z dzikiej róży. Niestety jednak w zależności od marki różnie się one sprawdzały. Olej z dzikiej róży od Maudi stosowałam głównie pod oczy, na brzuch oraz na włosy. Świetnie nawilża skórę przywracając jej blask i wygładzenie. Kosmetyk świetnie wiąże się z włosowymi miksturkami. Idealnie uzupełnia maski i odżywki. Moje włosy dzięki temu olejkowi są znacznie milsze w dotyku, wygładzone i łatwiejsze do okiełznania. Szkoda, że nie ma tego kosmetyku także w większej wersji.

Hydrolat aloes

Stworzony został na bazie wysokiej jakości liści aloesu. Posiada właściwości nawilżające i kojące. Zamknięty w bardzo wygodnej, poręcznej plastikowej (szkoda, że nie szklanej) buteleczce z rozpylaczem. Kosmetyk nadaje się do stosowania zarówno na skórę jak i włosy. Używam kosmetyku na noc głównie na twarz i dekolt. Daje natychmiastowe poczucie nawilżenia, ekspresowo się wchłania, nie pozostawia na skórze żadnej nieprzyjemnej powłoki. Hydrolat jest bardzo wydajny. Nie zauważyłam niestety żadnych efektów przy stosowaniu hydrolatu na włosy. Plusem jest to, że ich nie obciąża i ułatwia rozczesywanie. Jak widać, a raczej nie widać na poniższym zdjęciu kosmetyk jest całkowicie przezroczysty.

Podobny obraz

Organic Shop – Organic Grape & honey

Szampon prezentował się obiecująco. Stworzony został na bazie winogron i miodu, pozbawiony SLS, parabenów i silikonów. Efekt miękkich, wygładzonych włosów, jaki obiecywał był dokładnie tym, czego było mi trzeba. Gdy postanowiłam użyć go po raz pierwszy wierzyłam, że faktycznie zdziała cuda, że spełni swoją rolę. Fajna, stylowa butelka, choć bardzo nieporęczna. Łatwo wyślizguje się z mokrych dłoni i co gorsza nie jest wyposażona w pompkę. Kosmetyk jest dość gęsty, wolno spływa, a gdy już trafia na dłoń to w sporej ilości. Jego zapach jest delikatny, przyjemny, niekoniecznie zachwycający. Bardzo fajnie rozprowadza się go na włosach i skórze głowy. Ekspresowo się pieni, jest łatwy do spłukania. Po myciu spędziłam niespełna 5 minut w ręczniku. Gdy go zdjęłam, a włosy powoli wysychały zaczęło się. Szampon wywołał swędzenie skóry i nie mały łupież. Wytrzymałam dobę po czym dokładnie umyłam włosy zaufanym szamponem przeciwłupieżowym, który całe szczęście uratował sytuację. Miękkość i wygładzenie? Albo omyłkowo przyklejono na kosmetyku złą etykietę, albo to jakiś żart. Moje włosy były napuszone, szorstkie. Nie byłabym sobą, gdybym wystawiła negatywną opinię po jednym użyciu tego szamponu. Dałam mu drugą szansę, a on ponownie źle mnie potraktował. Nie polecam, to czyste zło. ZŁO.

PIL’ATEN Krem do rąk z masłem shea

Jako że jestem sroką, lubiącą ładnie zapakowane kosmetyki tak od razu krem PIL’ATEN wpadł mi w oko. Ciekawa forma poręcznej zakrętki, metaliczna srebrna tubka z wizerunkiem uroczej dziewczynki trzymającej awokado bardzo mi się podoba. Krem zgodnie z opisem powinien nawilżać, wygładzać i odżywiać skórę rąk. Tym razem etykieta nie kłamie i faktycznie kosmetyk świetnie spełnia wszystkie swoje zadania. Ma delikatny, bardzo przyjemny zapach, który długo utrzymuje się na dłoniach. Ekspresowo się wchłania, dogłębnie nawilża oraz jest bardzo wydajny. Bardzo niewielka ilość kremu nawilża całe dłonie na długo. Pozostawia na skórze pewnego rodzaju filtr chroniący przez przesuszeniem. Szczerze polecam!

HIMALAYA Herbals Cream & Honey Nourishing Soap

Rzadko sięgam po mydła w kostce. Zazwyczaj kupuję je, dzielę na kilka części i chowam w garderobie, by ubrania wchłaniały ich świeży zapach. Do kąpieli zaś preferuję płynne kosmetyki, gdyż są wygodniejsze w użyciu i wydajniejsze. Mydełko szybko rozpuszcza się w kąpieli, choć nie całkiem. Spokojnie starcza na kilka użyć. Ma delikatny, świeży zapach, który koi zmysły. Niestety ten nie utrzymuje się długo na skórze. W zasadzie zaraz po kąpieli znika. Nie odczułam żadnego efektu nawilżenia. W przypadku tego kosmetyku pozostanę neutralna. Delikatnie się pieni, skutecznie myje, ładnie pachnie – to jedyne zalety, jakie jestem w stanie wymienić, ale czy można oczekiwać czegoś więcej od tradycyjnego mydła w kostce?

 

 

Post napisany we współpracy z: