Author

Księżycova

Browsing

Tuż po wirujących w powietrzu cyklonach z kolorowymi liśćmi, kasztanowych ludzikach, deszczu i ludzi skrytych pod parasolami jesień kojarzy mi się także z moimi ulubionymi ciepłymi sweterkami. W czasach, kiedy byłam dzieckiem co roku przyglądałam się babci, która tworzyła dla całej rodziny swetry na drutach i dbała o naszą garderobę. Od prostych, gładkich wzorków aż po najrozmaitsze krateczki, łezki i warkoczyki. Dziś sweterki znaczą coś więcej, niż tylko odzienie. Teraz, możemy je mieć także na… paznokciach! Zapraszam na hybrydowe sweterki!

Wraz z Patrycją (Slaguu) miałyśmy ostatnio okazję przetestować hybrydy od marki Victoria Vynn. Jest to amerykańska marka topowych produktów dedykowana stylistom paznokci. VV oferuje nowoczesne, modne formuły zaczerpnięte z najnowszych trendów stolicy światowego designu i mody NYC, które stanowią nieograniczone możliwości dekoracji, tworzenia stylizacji i zdobień.

W pakiecie otrzymałyśmy top oraz bazę wraz z pięcioma odcieniami lakierów hybrydowych. Ku mojemu zaskoczeniu top i baza bardzo precyzyjnie rozprowadzają się na płytce paznokcia i szybko zostają utwardzone pod lampą. Firma, z którą poprzednio pracowałam nie gwarantowała mi takiej jakości.

100canon3

Lakiery, które otrzymałyśmy mają przepiękne kolory idealne na jesień!

  • zgniła zieleń, numer 125, nazwa: Khaki Path
  • zgaszona śliwka, numer 122, nazwa: Pearly Mauve
  • fiolet, numer 121, nazwa: Stand By Me
  • jasny fiolet, numer: 123, nazwa: Desert Kiss
  • błękit, numer: 124, nazwa: Blue Cloud

Pigmentacja lakierów jest zaskakująca. Dwie warstwy idealnie pokrywają kolorem całą płytkę paznokcia nie pozostawiając przebarwień. Lakier ma odpowiednią przyczepność do bazy i lakierowo-żelową konsystencję. Precyzyjny pędzelek zapewnia dotarcie do każdej części paznokcia. Nadają się zarówno na naturalne paznokcie jak i na tipsy. Głębia koloru i najwyższa jakość gwarantowana!

img_7855

100canon5

Na początek postanowiłam zrobić kompozycję dwóch lakierów w odcieniu fioletu: jasnego i ciemnego. Palec środkowy i serdeczny ozdobiłam delikatnym motywem sweterka. Prawdę mówiąc motyw ten wykonywałam po raz pierwszy, ale skromnie mówiąc – uważam, że nie jest źle 😀 Jak podoba się Wam efekt końcowy? 🙂

100canon4

100canon2

Post napisany we współpracy z firmą:

victoria-logo

Moje półki w łazience od zawsze są oblężone mnóstwem kosmetyków do pielęgnacji włosów. Od znanych, popularnych z reklam telewizyjnych, które obiecują włosy jak obrazka po nieco mniej powszechne, zapomniane już perełki wyszukane na sklepowych regałach. Już kilka lat temu zdołałam domyślić się, że żadna odżywka czy szampon nie odmieni moich włosów w cudowny sposób, tak jak widzimy to na ekranach. Lecz dopiero teraz zrozumiałam, co było moim najgorszym błędem w wyborze kosmetyków do włosów…

Decyzję podejmowałam od niemalże dwóch lat. Nie umiałam powiedzieć: „To koniec”. Bałam się zostać sama, czułam, że bez niego sobie nie poradzę, bez niego będę nikim. Moja niezwykle silna zależność od niego doprowadziła mnie do wniosku, że kiedy się go pozbędę, stanę się mniej wartościowa, stracę to, na co pracowałam tak długo. Tak po prostu…

Spotkałam na swej drodze kilku pomocnych ludzi, którzy pomogli mi wziąć się w garść i wdrożyć w życie od dawna planowane odejście. I nareszcie udało się. Jestem wolna.
Mimo tego, że usilnie pragnęłam odciąć się raz na zawsze, nie żywię dziś względem niego żadnych negatywnych uczuć. Mile wspominam naszą relację, stawianie pierwszych kroczków w drodze ku spełnieniu marzeń. Wbrew wszelkim pozorom, to była dobra współpraca.

KSIĘŻYCOVA.PL

Nie,  nie piszę o żadnym mężczyźnie. Piszę o blogspocie – platformie, na której zaczęłam swoją przygodę z blogosferą. Dojrzałam do tego, by zrobić kolejny krok na przód. Kolejny krok ku spełnieniu wymarzonych celów. Tak oto przeniosłam się na osobistą domenę: księżycovą-pe-el.

Z uśmiechem na ustach wspominam samą siebie, która dosłownie dwa lata temu mówiła uparcie, że na zawsze będzie wierna swojej pierwszej platformie, że nie potrzeba jej zbędnego kombinowania… Cóż, z biegiem czasu i wraz z rozwojem bloga rósł apetyt na podnoszenie poprzeczki. Potrzebowałam odmiany, czegoś, co znów popchnie mnie dalej. Co doda mi siły, motywacji, weny…

Udało się. Witam Was w mym nowym azylu 🙂

img_0590

img_0592

Każdy doskonale zna małe grzeszki mężczyzn, którzy lubią oglądać playboye czy potocznie zwane świerszczyki… Wiele kobiet aż się wzdryga na samą myśl o tym, ale… My też nie jesteśmy bez skazy, bo przecież która przedstawicielka płci pięknej nie lubi uciekać do literatury przesyconej erotyką? 🙂
Dzięki zaprzyjaźnionemu wydawnictwu Helion, po raz pierwszy mam okazję zrecenzować dla Was kilka dzieł literatury kobiecej.

Sny Morfeusza” autorstwa K. N. Haner



Książce K.N. Haner mam wiele do zarzucenia… Łatwo nazwać ją podróbką Grey’a. Do wad zatem zaliczam wspólne cechy z książką E. L. James.

Cechy wspólne:
– bogaty mężczyzna o idealnej, lekko umięśnionej sylwetce,
– ubrany zazwyczaj w garnitur, właściciel dużej firmy,
– posiadający problemy emocjonalne wiążące się bezpośrednio ze sferą seksualną,
– dziewczyna z nieco niższych sfer,
– uparta, mająca swoje własne zdanie,
– odmieniająca dotychczasowe życie bohatera.

Mimo to jest jedna zasadnicza różnica między Grey-em, a Morfeuszem. Czytając wszystkie trzy książki E. L. James, analizowałam książkę głównie pod względem psychologicznym. Choć seria jest erotykiem, niesie za sobą ciekawe przesłanie. Sny Morfeusza niestety zaczynają i kończą się tylko na czystej erotyce, krótko mówiąc: czterysta szesnaście stron przeładowanych dzikim seksem. Choć bohaterowie faktycznie odnajdują w sobie prócz pożądania prawdziwą miłość, oraz zyskują przyjaźń, nie sposób wynieść z tego żadnego jasnego przekazu i osobistych wniosków.

Choć Morfeusz/Adam jest postacią dość intrygującą to kobieca bohaterka zdecydowanie nie przypadła mi do gustu. Potwornie mnie irytowała swoją próżnością i lubieżnością. Działała mi na nerwy głównie tym, że nie dostrzegałam w niej żadnych wyższych wartości i zalet prócz atrakcyjności fizycznej 😉

Do zalet książki koniecznie muszę zaliczyć łatwo przyswajalny, luźny język (choć niekiedy
zbyt wulgarny) oraz akcję, która rozgrywa się w bardzo szybkim tempie. Spodobała mi się postać chorego na białaczkę Tommy’ego oraz motyw klubu Mirror’s, które wydały się bardzo interesujące i oryginalne. Jako romantyczka nie lubię niesmacznych wulgaryzmów w scenach łóżkowych. Tych z resztą było zdecydowanie zbyt wiele – niemalże jedna na każdą stronę książki, co z czasem robiło się nudne i uciążliwe. Nie kryję jednak faktu, że szybko przebrnęłam przez całą książkę i podążając jej tokiem, żywiłam cichą nadzieję, że Adam, Cassandra i Tommy, będą w trójkę… Ach, te moje brudne myśli! 😀

Czytając ostatnie słowa lektury miałam ochotę wyrzucić ją przez okno, gdy dowiedziałam się, że jest to pierwsza część, która nie uświadomi mi wszystkiego o Mirrors oraz czy Tommy wyjdzie z choroby, ale… Gdy tylko nadarzy się okazja, z pewnością przeczytam drugą część (głównie dla Tommy-ego) oraz dam autorce drugą szansę!

Polecam książkę głównie fankom mocnej literatury erotycznej 🙂

 

Calder. Narodziny odwagi„, „Eden. Nowy początek” – Mia Sheridan

 

Podobnie jak unikanie oglądania zwiastunów nowości kinowych przed seansem, tak i w świecie literatury nie mam w zwyczaju przykuwać większej uwagi do opisu książki umieszczonego na tylnej okładce. Przy wyborze książek często skupiam się na ich okładkach. Jednakże mając w ręku „Caldera” i „Eden”, okładki nie porwały mnie (nie przepadam za okładkami z wizerunkami bohaterów. Choć modele są piękni, moja wyobraźnia wykreowała ich na swój własny sposób), ale instynkt i tak podpowiadał mi, że to będzie coś. Po zapoznaniu się z autorką już samo jej nazwisko zobrazowało w mojej wyobraźni genialną pisarkę.

Mój instynkt, choć czasem zawodny, tym razem się nie pomylił. Cykl A sign of love jest po prostu f-e-n-o-m-e-n-a-l-n-y. Po wielu przewertowanych książkach, w końcu trafiłam na niezwykle oryginalną historię, wspaniały, łatwo przyswajalny język oraz niesamowicie wciągającą fabułę. Mimo to, że lektura także nie stroniła od scen łóżkowych była pełna romantyzmu, głębi uczuć i prawdziwych doznań, które absolutnie nie gorszyły mnie, jako czytelnika a zwyczajnie obrazowały cielesną stronę szczerej miłości dwojga nastolatków. Na początku nie nadążałam z przyswajaniem natłoku niejasnych informacji, ale zaintrygowało mnie to do tego, by z każdą kolejną stroną zdobywać więcej wskazówek.

Bohaterowie Mii są barwni i niezwykle wartościowi. Pomijając Eden i Caldera koniecznie trzeba wyróżnić niesamowitą postać Hectora – na pozór obłąkanego starca, a z biegiem akcji człowieka po wielu tragediach, który w swym cierpieniu szukał ucieczki od świata realnego. Równie ważną rolę miał Xander, przyjaciel Caldera oraz jego przybrana siostra Maya.

Autorka bez skrupułów zagrała na moich emocjach. Przepłakałam nad książką głośno chlipiąc kilkanaście razy.

W zasadzie chcę ukryć jak najwięcej szczegółów książki po to, byście mogli osobiście dać się porwać słowom Mii Sheridan. Warto! To nie jest zwykłe romansidło. Książka uświadamia nam, jakie wartości w życiu są dla nas najcenniejsze, jak wielką siłę na miłość i przyjaźń. Jeśli nie czytałeś tej książki zapewne niewiele pojmujesz z wymienionych imion bohaterów i szczegółów, które tutaj podałam, ale poniekąd do tego właśnie zmierzam… By wzbudzić Twoją ciekawość, nie uświadamiać Ci o czym jest książka oraz jak się kończy.

Książki trafiły na VIP-owski regał w mojej nieustannie rosnącej domowej biblioteczce 😉

 

 

Hard beat. Taniec nad otchłanią” K. Bromberg


Jedno jest pewne: historia nie jest tak różowa jak można by wnioskować po okładce. Nie byłabym sobą, gdybym nie oceniła pochopnie książki na podstawie jej okładki, przed jej przeczytaniem. Trzymając ją zatem w dłoni miałam jedną wizję – przeciętna romantyczna komedia z nutką namiętności. I tutaj się pomyliłam.

Książka ma w sobie tyle ciemnych stron, tyle niebezpieczeństw i szaleństw, że trzymała mnie w napięciu przez wszystkie jej strony. Głównym bohaterem i jednocześnie narratorem był mężczyzna o imieniu Tanner, korespondent wojenny, który po stracie (rzekomo) narzeczonej (nie dostrzegłam w książce informacji o tym, że Stella była jego narzeczoną) i jednocześnie partnerki zawodowej wraca do ryzykownej pracy by stłumić wewnętrzny ból po stracie bliskiej osoby. Na jego drodze staje Beaux, nowa partnerka. Wraz z nią pojawia się cała masa irytacji, kłótni, nerwów, pożądania, namiętności i niepewności. Napięte relacje między dwojgiem bohaterów są niezwykle intrygujące. Na pozór się nienawidzą, lecz podświadomie czują wzajemne przyciąganie. Na drodze do ich spełnienia pojawia się cała masa niespodziewanych wydarzeń. Bohaterzy mają także różne oblicza, które poznajemy w trakcie akcji.

Książka jest nieprzewidywalna, fabuła bardzo dynamiczna, język łatwo przyswajalny, dialogi płynne i spójne. K. Bromerg opisuje miłość bardzo subtelnie. Pokazuje, że możliwe jest opisanie scen intymnych (niekoniecznie grzecznych) bez użycia znienawidzonych przeze mnie wulgaryzmów i z pewnymi niedociągnięciami porywając wyobraźnię czytelnika do działania.

Jasny morał, mnóstwo akcji pełnych adrenaliny, dawka rozczarowań i niespodzianek. Wszystko zawarte w jednej książce – „Hard beat. Taniec nad otchłanią”. Polecam fankom literatury erotycznej i miłosnej. Przeczytałam lekturę w ciągu jednego popołudnia. A wierz mi, że nie każdej poświęcam tak łatwo swój cenny czas! 😉

Post napisany we współpracy z wydawnictwem:
Znaleziony obraz

 W ostatnich dniach szczęście mi dopisywało. Udało mi się dołączyć do grona dwudziestu ambasadorów marki The Body Shop, którzy mieli za zadanie przetestować najnowszą linię masek do twarzy z serii Superfood. Do moich rąk trafiła nawilżająca maska do twarzy na bazie miodu etiopskiego…

Maska na bazie miodu etiopskiego

Kosmetyk idealnie trafił w moje gusta jak również obecne zapotrzebowanie. Od dawna szukałam kremu, maseczki, olejku – czegokolwiek, co będzie natychmiastowo nawilżać moją skórę. Prócz słynnego miodu, preparat zawiera także olej marula oraz organiczną włoską oliwę z oliwek. Kosmetyk ma świetną, lekko lepiącą się konsystencję, która zapewnia bardzo łatwą i precyzyjną aplikację na twarz jak również zmywanie jej.  Maska ma delikatny, słodki zapach kojący wszystkie zmysły. Co najważniejsze – kosmetyk jest wolny od parabenów, parafiny, silikonu i olei mineralnych. Całkowicie czyste ekstrakty składników naturalnych zapewniają nam bezpieczną, niesłychanie przyjemną i skuteczną pielęgnację.
Preparat jest bardzo wydajny, wystarczy bardzo cienka warstwa maski, by całkowicie i dogłębnie nawilżyć cerę. Opakowanie produktu jest minimalistyczne, eleganckie oraz wygodne. Każdy szczegół wizualny został dopracowany z najwyższą starannością. Z kosmetykiem firmy The Body Shop miałam po raz pierwszy do czynienia. I choć zdaję sobie sprawę, że kosmetyki tej firmy nie należą do najtańszych z pewnością wiem, że warto będzie zainwestować w nią większe sumy na kosmetyki najwyższej jakości, których działanie jest widoczne od pierwszego użycia!

 

 

Maskę nakładam codziennie rano na 15 minut, przed wykonaniem makijażu. Skóra tuż po zmyciu kosmetyku staje się jędrna, miękka, dogłębnie nawilżona i odświeżona. Nie powoduje świecenia się skóry, nie podrażnia, nie zasycha. Polecam wszystkim, którzy mają problem z przesuszaniem się skóry twarzy, zwłaszcza na okres jesienno-zimowy 🙂

 

 

 

 

Jeśli spodobała Ci się moja recenzja, oddaj głos na moją recenzję na oficjalnej stronie The Body Shop:

~ KLIK ~

Szalenie lubię sprawdzać swoich sił w nowych dziedzinach. Niezależnie od prowadzonego trybu życia, wykształcenia czy uprawianego zawodu, nie jestem w stanie żyć bez dodatkowych pasji, które rozwijałyby lub odkrywały moje ukryte talenty. Jako 23-latka jeszcze do niedawna byłam typowym dzieckiem, które goniło za „tym czymś”, co sprawiałoby mi frajdę. Pisałam, czytałam, dziergałam, tańczyłam, ćwiczyłam, modelowałam, itd., aż trafiłam na coś, co zatrzymało mnie na dłużej. Mowa rzecz jasna o blogowaniu.
Blog stał się miejscem, gdzie swobodnie mogę dokumentować moje nowe doświadczenia. Od samego początku, wiedziałam, że nie ma absolutnie żadnej szansy, by Księżycova ograniczyła się do jednego, czy dwóch tematów. Postawiłam zatem na lifestyle 🙂  I choć na ogół jestem dość chaotyczna, zawsze staram się być perfekcyjna w tym, co robię. No może pomijając śpiewanie… Uważam, że jestem w stanie nauczyć się wszystkiego, dosłownie wszystkiego prócz śpiewu. Miałam słabe chwile, kiedy mimo wielu wątpliwości wierzyłam, że mój głos może być znośny, ale po nagraniu „Stay” Rihanny w moim wykonaniu straciłam całą nadzieję, a w ramach tego zyskałam traumę do końca życia 😀 Abstrahując jednak od mojej życiowej potyczki wokalnej, muszę przyznać, że ostatnimi czasy, podjęłam się najtrudniejszego z dotychczasowych wyzwań. A mianowicie skonfrontowałam się z modą i upublicznieniem mojego wizerunku w sieci…
Nie często zdarza mi się upubliczniać tutaj mój wizerunek. Nie lubię pozować przed aparatem, nie mam bladego pojęcia o modzie, ale… Nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała 🙂
Do tematu natchnęła mnie firma Zaful, oferująca korzystną współpracę, w ramach czego przedstawiam Wam dzisiaj sukienkę i torebkę widniejące na poniższych zdjęciach.
Jakość produktów jest oszałamiająca. Nasłuchałam się całej masy negatywnych opinii o złej jakości produktów ze sklepów internetowych tego typu, a mimo to zaryzykowałam i nie żałuję! Sukienka jest wykonana z delikatnego materiału idealnego na lato. Zawiera delikatny sznureczek z frędzelkami, który podkreśla talię oraz rękawki z ozdobną koronką. Niestety mogłaby być odrobinę dłuższa, dla pewności ubrałam pod nią spodenki 😀

Sukienka jest dostępna TUTAJ.

Torebka totalnie podbiła moje serce. Jest średniej wielkości, ma na przodzie czarny ozdobny frędzel. Solidna, elegancka, pasująca do każdej stylizacji, mieszcząca format A5. Posiada jedną zewnętrzną kieszonkę idealną na telefon komórkowy i kilka kieszonek wewnętrznych. Ma regulowany paseczek i złote akcenty.

Torebka jest dostępna TUTAJ.

dress – Zaful 
bag – Zaful
shoes – Cropp
straps – Promees
bracelet – The Wood Story