Author

Księżycova

Browsing
Nie ma większego sensu by tłumaczyć dlaczego i jak doszło do uzależnienia obecnie żyjącej cywilizacji od komórek. Jedno jest pewne – fenomen przenośnych telefonów jest rozpowszechniony na tak wielką skalę, że nie prędko straci na swej popularności. By podążać za panującymi trendami instalujemy nowe aplikacje, co rusz zmieniamy obudowy na co raz to bardziej fantazyjne, dokupujemy najrozmaitsze akcesoria, a nawet ostatnimi czasy biegamy po miastach w pogoni za pokemonami…
Dziś, kiedy planuję jakikolwiek wyjazd nie zabieram wraz z telefonem tylko słuchawek i standardowej ładowarki z nadzieją, że znajdę gdzieś bezpańskie gniazdko kontaktowe. Dzięki firmie eklik.pl moim koniecznym must have’em stał się niesamowicie przydatny power bank. Dzięki tej przenośnej ładowarce nie muszę więcej martwić się rozładowaną baterią. W dowolnej chwili i w dowolnym miejscu mogę w niezwykle szybki i prosty sposób uzupełnić nim energię w telefonie.
Ciągłość mocy w moim urządzeniu mobilnym zapewnia mi przenośny powerbank Proda Lovely 10000 mAh w kobiecym różowym odcieniu. Wyróżnia się on przede wszystkim szybkością ładowania telefonu jak również dużą pojemnością mocy.
Jakby tego było mało, różowy gadżet wbudowaną ma także praktyczną latarkę, która przydaje się w wielu różnych sytuacjach! Niejednokrotnie ułatwiła mi ona poszukiwanie kluczy w ciemnej, zapchanej torebce! 😀
Powerbank jest nieco mniejszy od telefonu. Wygodnie mieści się w dłoni, posiada okrągłe, drobne wypustki na całej powierzchni oraz dwie maleńkie diody sygnalizujące o ładowaniu, bądź konieczności naładowania powerbanka. Zapakowany został w stylowe pudełko wraz z białym, dwustronnym kabelkiem. Zarówno kabel jak i przenośna ładowarka posiadają dwie wtyczki: USB, oraz standardowe wejście do telefonu, dzięki czemu możemy ładować nim nie tylko telefony, ale również przenośne konsole i aparaty fotograficzne.

Chcesz wygrać powerbank’a? Kliknij w ikonkę prezentu i weź udział w konkursie!

box, gift, gift box, holiday package, present icon

 

Post napisany we współpracy z firmą

 

Ostatnimi czasy wybrałam się wraz z mężem do Łodzi, którą bardzo szybko polubiliśmy. Spędzony tam czas był idealny na wypoczynek i małe refleksje…

Siedząc na 128-letnim balkonie pokoju 401 w łódzkim hotelu Grand, sięgam wspomnieniami do przeszłości. Obserwuję gnające przed siebie ludzkie sylwetki na ulicy Piotrkowskiej.  Z perspektywy czasu zaczynam rozumieć jak wiele się zmieniło w ciągu ostatnich czterech lat. Jak bardzo zmienił się mój charakter i ilu ludzi zdążyło mnie już znienawidzić…

Osiągnęłam m.in. jeden z największych osobistych sukcesów – nauczyłam się szczerości i wygłaszania własnych poglądów bez poczucia wstydu czy odmienności. Dziś nie jestem już tą samą potulną cichą dziewczyną przytakującą na każde rzucone słowo, zgadzającą się ze wszystkimi opiniami innych ludzi. Umiem wyrażać swoje racje, bronić swoich przekonań i mówić wprost o tym, co mi się podoba, a co nie. Dlatego też duża grupa osób, która nie do końca jest w stanie skonfrontować się z prawdą i tym samym pogodzić się z konstruktywną krytyką postanowiła zaliczyć mnie do grona wrogów. Zdaje mi się, że życie wśród osób, które nieustannie przytakują na wszystkie podejmowane wybory i opinie jest dla nich znacznie łatwiejsze od egzystowania w świecie, gdzie narażeni są na ciągłą analizę i interpretację ze strony społeczeństwa. Dzisiejsze konwersacje z ludźmi coraz częściej pozbawione są dyskusji, dzięki której ludzie wymienialiby się swoimi spostrzeżeniami, kształtowaliby swoje poglądy. To smutne…

Codziennie spotykam się z przytakiwaniem „dla świętego spokoju”, albo darciem papy „dla zasady” by na siłę uratować swoje przekonania. Przyglądam się z boku w jak prozaiczny sposób ludzie zatracają swoje prawdziwe oblicza i jestem wprost przerażona. Wolą powiedzieć: „obojętnie”, „tak jak ty wolisz”, „masz rację”, niż zdobyć się na szczerość i jasno się wyrazić. Zostałam wychowana w przekonaniu, że starsi zawsze mają rację, że nie powinno się kogoś krytykować…

Z biegiem czasu zrozumiałam, że to pewnego rodzaju blokada… Zerwałam  z tym. Są tego zalety jak i wady. Zaletą jest oczywiście moja pełna wolność i swoboda, a przede wszystkim świadomość, że w 100% jestem sobą. Jeśli chodzi o złe strony frywolności mojego języka to rzecz jasna jest to nieustannie powiększająca się liczba osób, którzy żywią do mnie dożywotnią urazę. Jest na świecie mnóstwo ludzi, którzy postanowili stanąć przeciwko mnie tylko dlatego, że jasno i taktownie dałam im do zrozumienia, że nie podoba mi się ich fryzura, koszulka, tatuaż czy nawet pupil… Nie neguję ich, każdy ma prawo zarówno do tego, by mnie lubić jak i nienawidzić. Irytuje mnie tylko fakt, że w swym zakłamaniu nie są w stanie powiedzieć mi o tym wprost. Grają serdecznych, bo przecież gdy będą w potrzebie zawsze przybędę. A za moimi plecami zdejmują swoją fikcyjną maskę, umalowaną obłudą i mistyfikacją… Nie jestem typem twardzielki i takie zachowanie sprawia mi nie raz przykrość, ale z drugiej strony… To trochę zabawne 🙂

„Wszyscy strasznie spinamy się , aby być jacyś. Codziennie rysujemy siebie, dolepiamy do siebie klejem kolejne kartki, zdjęcia, wrysowujemy się w ramki, aby poczuć że jesteśmy czymś więcej niż imieniem i nazwiskiem.”     

(J. Żulczyk)

 

 

 

 

 

 

Jestem osobą teoretycznie niewierzącą w istnienie przyjaźni. Cała sterta zawodów pozostawionych przez tłumy ludzi, którzy zdołali się już przewinąć w mym życiu, sprawiła, że zatraciłam poniekąd swoją wiarę w i ich dobre intencje. Poczęłam pokładać zatem wszelkie nadzieje w miłości, co przyczyniło się do tego, iż obecnie jestem szczęśliwą żoną najwspanialszego mężczyzny na świecie. Jednakże w wyniku wielu zdarzeń, takich jak m.in. moja przeprowadzka czy też przygoda z blogowaniem, sprawiła, że w moim życiu pojawiła się jeszcze jedna ważna osoba…
Absurdem jest fakt, że znamy się od zawsze. Opiekowałam się nią od maleńkości, mieszkałyśmy pod jednym dachem, miałyśmy wspólne zabawki, razem odrabiałyśmy lekcje, razem rozrabiałyśmy… Widziałyśmy się każdego pojedynczego dnia. Byłyśmy jak siostry, lecz różnica wieku jak i upodobań często nas od siebie dzieliły.

Tak blisko, a zarazem tak daleko…

Dopiero po mojej wyprowadzce zaczęłyśmy tak na prawdę doceniać siebie nawzajem. Przestała przeszkadzać nam różnica wieku i wszelkie odmienne poglądy. Wspólna pasja – blogowanie – zbliżyła nas do siebie na tyle, że dziś nie jesteśmy już tylko kuzynkami. Kto by pomyślał, że właśnie dzięki niej, jeszcze kiedyś zdołam użyć tych słów… 🙂 Dziś jesteśmy przyjaciółkami.

The Wood Story

Od zawsze wyznaję zasadę, że należy dbać o bliskich. Jestem minimalistką i osobą, która ceni sobie prostotę. Lubię szykować niespodzianki i drobne, symboliczne upominki dla moich bratnich dusz. Firma The Wood Story pomogła mi, docenić obecność i wsparcie ze strony tej małej-wielkiej osóbki. W ich ofercie znajdują się proste bransoletki na kolorowych, solidnych sznureczkach z najrozmaitszymi wzorami drewnianych oraz akrylowych zawieszek. Jest to idealny dodatek do każdej stylizacji jak również wyjątkowy pomysł na upominek. Każda bransoletka zapakowana jest w uroczy mały kartonik, dodający uroku i elegancji. Biżuteria jest wytrzymała i wykonana z największą starannością i precyzją!

W każdym z nas, mimo iż prędzej czy później osiągamy pełnię dorosłości, drzemie w głębi duszy wieczne małe dziecko. W natłoku przyziemnych spraw i wiecznie gnającego czasu często o nim zapominamy. Warto jest więc niekiedy zwolnić, zatrzymać się i sprawdzonymi sposobami przypomnieć dzieciństwo…
Każdy z nas posiada pewne wspomnienia, rzeczy, a nawet posiłki, za których sprawą cofamy się do najmłodszych lat. Do moich dziecięcych przypominajek należą m.in. przyrządzanie domowych konfitur z mamą i babcią Wandą, zaplatanie wianków z polnych kwiatów, szycie ubrań dla lalek, rogaliki drożdżowe babci Apolonii, bieganie po rzepakowych polach, tworzenie korali z jarzębiny, kąpiele w jeziorach, oraz wiele innych. K’woli przypomnienia nie tylko młodzieńczych czasów, ale również kochanej babci, której nie ma już wśród nas, często przygotowuję rogaliki drożdżowe jej przepisu. Ich smak powoduje, że znów czuję się jak mała dziewczynka (niczym ratatouille na Antona Ego), która ma milion pomysłów na minutę, a roznoszący się zapach drożdżowych wypieków sprawia wrażenie obecności kochanej babci tak, jakby wciąż z nami była…

ROGALIKI DROŻDŻOWE

Składniki:

  • 1 kostka margaryny
  • 5 dag drożdży
  • 1/4 szkl ciepłego mleka
  • 4 łyżki cukru
  • 3 szkl mąki żytniej
  • szczypta soli
  • marmolada
  • 2 jajka

 

 

 

 

Sposób przyrządzenia:

Margarynę podgrzej do miękkiej, ale nie płynnej konsystencji. Wymieszaj mąkę wraz z solą. Drożdże i cukier dodaj do ciepłego mleka i mieszaj do momentu połączenia się składników. Do mąki z solą wbij jajka, wlej roztwór z mleka i drożdży. Całość ugnieć ciepłymi dłońmi na gładkie ciasto. Gotową masę przykryj ściereczką i zostaw w celu wyrośnięcia. Piekarnik rozgrzej do temperatury dwustu stopni. Ciasto podziel na cztery części, rozwałkuj i podziel na kształt pizzy. Dodaj marmoladę i lep na kształt rogali. Piecz przez około piętnaście minut smarując wierzch mlekiem.

 

 

WILLOVE

Oryginalną prezentację rogalików zapewniła mi firma Willove, która zajmuje się produkcją i sprzedażą wiklinowych pojemników wielofunkcyjnych, przeznaczych do kuchni. Misją firmy jest podtrzymanie zanikającego rzemiosła, jakim jest wikliniarstwo. Willove stawia na ekologiczne produkty. Pojemniki plecione są z wikliny migdałowej oraz jesionowych desek najwyższej jakości.
Jest to absolutnie nowa odsłona wikliny, która nie tylko wysokim poziomem wykonania i bardzo oryginalną prezentacją ale również wszechstronnym zastosowaniem przyciąga uwagę. Jako zwolenniczka ekologii oraz rękodzieła, nie mogłabym się obyć bez koszyczka Willove w mojej kuchni, gdzie ostatnio spędzam dużo czasu 🙂

Koszyczki mają aż 3 zastosowania:

 

 

 

 

Post napisany we współpracy z firmą:

 Jak już niejednokrotnie wspominałam – wiosną i latem, stawiam na naturalność. Staram się nie obciążać zbyt mocno swoich rzęs kilkuwarstwową maskarą, nie doklejam sztucznych kępek, nie przedłużam, ani nie zagęszczam ich. Moje naturalne rzęsy mimo wszystko od zawsze wymagały malowania ze względu na ich różnorodność (rzęsy u lewego oka są w odcieniu jasnego blondu, natomiast przy prawym są ciemnobrązowe, taki ciekawy przypadek…). Niedawno zakończyłam miesięczną kurację rzęs odżywką od firmy LashVolution. Kuracja polegała na codziennym nakładaniu na noc specjalnego preparatu, który wspomagał poprawę kondycji rzęs. Efekt widoczny był już po dwóch tygodniach, zaś po miesiącu kompleks krótkich i rzadkich rzęs odszedł w zapomnienie. Dzięki firmie LashVolution, do idealnego podkreślenia oka pozostało mi już tylko pofarbować ję henną.

 

 

 Kuracja odżywką do rzęs firmy LashVolution trwała 4 miesiące. Każdego wieczora nakładałam niewielką ilość preparatu zarówno na górną jak i na dolną rzęs. Pierwsze efekty zauważyłam po miesiącu stosowania kosmetyku. Rzęsy wyraźnie stały się grubsze, delikatnie wydłużone i gęstsze. Po całej kuracji najbardziej zauważalna jest poprawa ich gęstości. Ich naturalne podkręcenie się nie zmieniło przez co miarka, która była załączona do LashVolution wskazuje na tą samą długość.

 

Efekt końcowy

Cóż mogę zatem powiedzieć… Marzenie naturalnie długich rzęs dzięki odżywce LashVolution nareszcie zostało spełnione! 🙂

 

Post napisany we współpracy z firmą:

 

Zarówno wiosną jak i latem, kiedy temperatura sięga zenitu, staram się ograniczać makijaż wyłącznie do minimalistycznego podkreślenia brwi i rzęs. Skupiam się wówczas na pielęgnacji ciała. Prócz koniecznej ochrony przed słońcem, nasza skóra po zimie potrzebuje również regeneracji, nawilżenia oraz odżywienia. A ponieważ mam manię łączenia rzeczy przyjemnych z pożytecznymi zatem zawsze staram się, aby wszelkie zabiegi kosmetyczne zapewniły mi dodatkową dawkę relaksu i odprężenia. Moją tegoroczną pielęgnację zdecydowałam się odbywać w malinowej krainie piękności…

 

 

 

 

MALINOWY PEELING DO CIAŁA

 

W swoim życiu miałam okazję przetestować mnóstwo peelingów o najróżniejszym składzie jak i zapachu. Jak dotąd najbardziej sprawdziły się u mnie peelingi kawowe domowej roboty na bazie oleju kokosowego, lecz tym razem trafiłam na swój ideał. Malinowy peeling firmy Balneokosmetyki sprawił, że zatraciłam się w nim do reszty. Ma idealną gruboziarnistą konsystencję, piękny, żywy kolor i co najważniejsze – najcudowniejszy na świecie zapach świeżych malin. Jakby tego było mało – produkt ten jest w 100% ekologiczny!
Sorbet peelingujący składa się z drobinek cukru i soli, soku, suszonych kawałków i pestek z malin. Substancje aktywne, które posiada to: woda siarczkowa, olej arganowy i avokado, wyciąg z alg brązowych oraz masło Shea.
Kosmetyk doskonale złuszcza martwy naskórek, wygładza powierzchnię ciała, nawilża, regeneruje. Dzięki regularnemu stosowaniu pomaga także zwalczyć cellulit.

 

 

 

 

 

 

MALINOWE MASEŁKO

 

Podobnie jak peeling posiada ten sam malinowy zapach, który pobudza wszelkie zmysły i jest w pełni ekologiczne. Ponadto dogłębnie nawilża ciało (w tym dłonie i usta), delikatnie natłuszcza, łagodzi, ujędrnia oraz uelastycznia skórę, wzmacniając jej barierę ochronną. Posiada identyczne składniki jak poprzedni produkt, zatem świetnie się razem komponują i wzajemnie uzupełniają.

 

 

 

Zarówno masełko jak i peeling są zdecydowanie kosmetykami z górnej półki, lecz w przystępnej cenie, po które jeszcze niejednokrotnie sięgnę. Już po jednorazowym zastosowaniu obu preparatów w domowym zabiegu spa, moje ciało zostało natychmiastowo nawilżone, wygładzone i zregenerowane. Zapach po użyciu produktów utrzymuje się nawet do 5 godzin!
I love Balneokosmetyki! 🙂

Kupując Balneokosmetyki możecie skorzystać z kuponu rabatowego w wysokości 20% wpisując hasło: KSIEZYCOVA

Post napisany we współpracy z firmą: