Category

BEAUTY

Category

Wakacje to trudny okres dla naszej skóry. Czynniki takie jak wysokie temperatury czy też działanie promieni słonecznych mają na nią niekorzystny wpływ. Koniecznym jest zaopatrzenie się w odpowiednie kosmetyki, które zapewnią nam jak najlepszą ochronę. Krem nawilżający, krem z filtrem przed i po opalaniu, lekki balsam to absolutne must have’y, ale najważniejsze jest odpowiednie przygotowanie na spotkanie z lipcowym słońcem. Nim rozpoczniemy eksponowanie ciała, warto zastosować kilka prostych zabiegów. Po pierwsze: złuszczanie martwego naskórka dzięki peelingom gruboziarnistym. Po drugie – moc nawilżenia, która jak wiadomo jest kluczem do pięknej, lśniącej skóry. Poznaj kosmetyki Maudi, które towarzyszą mi tego lata.

Cukrowy peeling czekoladowy

Ileż razy musiałam się powstrzymywać przed jego zjedzeniem! Zmysłowy zapach czekolady pobudza zmysły tak bardzo, że ciężko jest poskromić żądzę łasucha. Zamiast nałożyć kosmetyk na skórę miałam ochotę zaaplikować go prosto w usta! Peeling jest wydajny, ma grube ziarna, które poza ścieraniem naskórka świetnie masują skórę i poprawiają jej ukrwienie. Kosmetyk jest zwarty, nie ucieka podczas kąpieli przez palce. Pozostawia na skórze pewnego rodzaju filtr, który daje poczucie wygładzenia i dogłębnego nawilżenia. Kosmetyk ma świetny skład, zawiera węgiel aktywny, masło shea, ziarna kakaowca oraz cukier.

Cukrowy peeling truskawkowy

Kolejny niebiańsko pachnący kosmetyk od Maudi, który perfidnie prowokował mnie do jego konsumpcji. Z trudem udało mi się opanować i zgodnie z przeznaczeniem nakładałam go na ciało. Peeling jest kosmetykiem, który nie tylko wygładza, odżywia i pielęgnuje naszą skórę, ale również zabiera nas w krainę rozkoszy. Relaks i ukojenie zmysłów gwarantowane. Peeling niewiele różni się od poprzedniego kosmetyku. Jego skład zawiera olej z pestek truskawek, masło shea oraz cukier. Przyjemnie masuje skórę pozostawiając ją oczyszczoną, wygładzoną oraz dogłębnie nawilżoną. Podobnie jak peeling czekoladowy jest zwarty i starcza na kilka – kilkanaście użyć (w zależności od potrzeby). Odniosłam wrażenie, że truskawkowy peeling ma większą moc nawilżenia niż czekoladowy. Poza tym cudowny zapach i kolor sprawił, iż uznałam różowy kosmetyk jako faworyt nr 1.

Obydwa peelingi stosowałam naprzemiennie, przez miesiąc czasu. Efekty? Dzięki tym dwóm cudownie pachnącym „drapaczom” skóra szybko i skutecznie pozbywa się starego naskórka, zanieczyszczeń, a nawet drobnych niedoskonałości. Jest ekstremalnie nawilżona, wygładzona. Jej koloryt i napięcie się poprawiło. Brzuch, pełen rozstępów znacznie się poprawił. Luźna skórka nieco się wciągnęła, stała się bardziej napięta, a rozstępy zrobiły się bledsze i płytsze. Po peelingach dużo lepiej przyswajałam opaleniznę, która jest trwalsza niż zazwyczaj. Jednak jak każde kosmetyki, tak i one mają pewne wady. Po pierwsze są absolutnie uzależniające! Po drugie: zostawiają na ściankach wanny tłusty, ciemny osad, przez co należy myć wannę po każdym ich użyciu.

Olej z dzikiej róży

Spośród wszystkich dostępnych olejków zawsze najchętniej sięgałam po olej z dzikiej róży. Niestety jednak w zależności od marki różnie się one sprawdzały. Olej z dzikiej róży od Maudi stosowałam głównie pod oczy, na brzuch oraz na włosy. Świetnie nawilża skórę przywracając jej blask i wygładzenie. Kosmetyk świetnie wiąże się z włosowymi miksturkami. Idealnie uzupełnia maski i odżywki. Moje włosy dzięki temu olejkowi są znacznie milsze w dotyku, wygładzone i łatwiejsze do okiełznania. Szkoda, że nie ma tego kosmetyku także w większej wersji.

Hydrolat aloes

Stworzony został na bazie wysokiej jakości liści aloesu. Posiada właściwości nawilżające i kojące. Zamknięty w bardzo wygodnej, poręcznej plastikowej (szkoda, że nie szklanej) buteleczce z rozpylaczem. Kosmetyk nadaje się do stosowania zarówno na skórę jak i włosy. Używam kosmetyku na noc głównie na twarz i dekolt. Daje natychmiastowe poczucie nawilżenia, ekspresowo się wchłania, nie pozostawia na skórze żadnej nieprzyjemnej powłoki. Hydrolat jest bardzo wydajny. Nie zauważyłam niestety żadnych efektów przy stosowaniu hydrolatu na włosy. Plusem jest to, że ich nie obciąża i ułatwia rozczesywanie. Jak widać, a raczej nie widać na poniższym zdjęciu kosmetyk jest całkowicie przezroczysty.

Podobny obraz

Organic Shop – Organic Grape & honey

Szampon prezentował się obiecująco. Stworzony został na bazie winogron i miodu, pozbawiony SLS, parabenów i silikonów. Efekt miękkich, wygładzonych włosów, jaki obiecywał był dokładnie tym, czego było mi trzeba. Gdy postanowiłam użyć go po raz pierwszy wierzyłam, że faktycznie zdziała cuda, że spełni swoją rolę. Fajna, stylowa butelka, choć bardzo nieporęczna. Łatwo wyślizguje się z mokrych dłoni i co gorsza nie jest wyposażona w pompkę. Kosmetyk jest dość gęsty, wolno spływa, a gdy już trafia na dłoń to w sporej ilości. Jego zapach jest delikatny, przyjemny, niekoniecznie zachwycający. Bardzo fajnie rozprowadza się go na włosach i skórze głowy. Ekspresowo się pieni, jest łatwy do spłukania. Po myciu spędziłam niespełna 5 minut w ręczniku. Gdy go zdjęłam, a włosy powoli wysychały zaczęło się. Szampon wywołał swędzenie skóry i nie mały łupież. Wytrzymałam dobę po czym dokładnie umyłam włosy zaufanym szamponem przeciwłupieżowym, który całe szczęście uratował sytuację. Miękkość i wygładzenie? Albo omyłkowo przyklejono na kosmetyku złą etykietę, albo to jakiś żart. Moje włosy były napuszone, szorstkie. Nie byłabym sobą, gdybym wystawiła negatywną opinię po jednym użyciu tego szamponu. Dałam mu drugą szansę, a on ponownie źle mnie potraktował. Nie polecam, to czyste zło. ZŁO.

PIL’ATEN Krem do rąk z masłem shea

Jako że jestem sroką, lubiącą ładnie zapakowane kosmetyki tak od razu krem PIL’ATEN wpadł mi w oko. Ciekawa forma poręcznej zakrętki, metaliczna srebrna tubka z wizerunkiem uroczej dziewczynki trzymającej awokado bardzo mi się podoba. Krem zgodnie z opisem powinien nawilżać, wygładzać i odżywiać skórę rąk. Tym razem etykieta nie kłamie i faktycznie kosmetyk świetnie spełnia wszystkie swoje zadania. Ma delikatny, bardzo przyjemny zapach, który długo utrzymuje się na dłoniach. Ekspresowo się wchłania, dogłębnie nawilża oraz jest bardzo wydajny. Bardzo niewielka ilość kremu nawilża całe dłonie na długo. Pozostawia na skórze pewnego rodzaju filtr chroniący przez przesuszeniem. Szczerze polecam!

HIMALAYA Herbals Cream & Honey Nourishing Soap

Rzadko sięgam po mydła w kostce. Zazwyczaj kupuję je, dzielę na kilka części i chowam w garderobie, by ubrania wchłaniały ich świeży zapach. Do kąpieli zaś preferuję płynne kosmetyki, gdyż są wygodniejsze w użyciu i wydajniejsze. Mydełko szybko rozpuszcza się w kąpieli, choć nie całkiem. Spokojnie starcza na kilka użyć. Ma delikatny, świeży zapach, który koi zmysły. Niestety ten nie utrzymuje się długo na skórze. W zasadzie zaraz po kąpieli znika. Nie odczułam żadnego efektu nawilżenia. W przypadku tego kosmetyku pozostanę neutralna. Delikatnie się pieni, skutecznie myje, ładnie pachnie – to jedyne zalety, jakie jestem w stanie wymienić, ale czy można oczekiwać czegoś więcej od tradycyjnego mydła w kostce?

 

 

Post napisany we współpracy z: