No to czas na braciszka!” usłyszałam od rodziny tuż po gratulacjach gdy podziwiali moją nowo narodzoną córeczkę. Ból pooperacyjny, dyskomfort wywołany świeżo rozpoczętą przygodą z karmieniem, buzujące hormony i ogólna niemoc sprawiały, że tego typu teksty delikatnie mówiąc doprowadzały mnie do szału. Wściekałam się na sam fakt, że ludzie z zewnątrz bezwstydnie decydowali o tym, kiedy moja macica ma znów przygarnąć w swe „progi” człowieczka, mało tego, decydowali nawet o tym, jakiej ma być płci. Wiem, że tak się zwykle mówi, że to tylko takie tradycyjne gadki, ale nie umiem tego tolerować choćby dlatego, że… nie planuję więcej dzieci.

Początkowo starałam się puszczać mimo uszu wszelkie sugestie z tym związane. Sądziłam, że to tylko przejściowy etap, który należy przetrwać. Majka skończyła miesiąc, trzy, pół roku, roczek, a ciążowe nagonki wcale nie ustawały. W końcu zaczęłam odpowiadać. Jasno oznajmiałam, że nie planuję więcej dzieci. Machali rękoma na moje słowa sądząc, że nie jestem świadoma swych słów, ale nie dawałam za wygraną i powtarzałam swoją decyzję do skutku, aż do nich dotarła. Myślałam, że to raz na zawsze zamknie temat. Naiwniara. Wsadziłam kij w mrowisko.

Nie było pytań skąd taka moja decyzja, spadł zaś na mnie deszcz (a raczej grad) osądów. „Jesteś niepoważna, co to za rodzina z jednym dzieckiem?!„, „Jeszcze pożałujesz tej decyzji, zobaczysz„, „Nawet nie wiesz jak wielką krzywdę wyrządzisz tym swojej córce„, „Matka jednego dziecka to nie matka„. Wyszłam więc na podłą i egoistyczną matkę, ale cokolwiek by się wydarzyło (pomijając rzecz jasna nieplanowaną ciążę), zdania nie zmienię. Najgorsze i najbardziej irytujące jest w tym wszystkim to, że nikt nie zapytał mnie, dlaczego chcę być mamą jedynaczki. Nikt. Smutne jest to, że łatwiej ludziom bezpodstawnie mnie osądzać niż choćby spróbować zrozumieć.

Dlaczego nie chcę mieć więcej dzieci?

Jestem głęboko oddana macierzyństwu. W wychowanie Majki wkładam całe swoje serce i wiem, że jednym z kluczy do sukcesu, czyli posiadania szczęśliwego dziecka, jest zarażanie go szczęściem własnym. Krótko mówiąc wyznaję zasadę: szczęśliwa matka = szczęśliwe dziecko. Mając jedno dziecko, w dodatku upragnioną córeczkę jestem w macierzyństwie spełniona i wiem, że kolejne dzieci mogłyby moje szczęście zburzyć. Rodzice jedynaków ze świadomego wyboru zwykle napiętnowani są mianem egoistów. Słusznie. Bez skrępowania przyznam, że decyzję podjęłam m.in. ze względu na samą siebie. Niebawem będę mogła znów wrócić do pracy i częściowo odzyskać niezależność, nie będę musiała martwić się o finanse, o dzielenie czasu wolnego na gromadkę pociech. Drugie dziecko zmieniłoby moją rutynę. Nie mogłabym być tym, kim chcę być. Poza tym wiem, że bym nie podołała jako podwójna mama. Zapewne chodziłabym każdego dnia w obdartych dresach z „cebulką” na głowie, w ogóle nie zastanawiając się co dziś dla siebie zrobić, bo może nie tyle bym musiała co wolałabym poświęcić się dzieciom. Nie umiałabym inaczej. A zatem może i moja decyzja to przejaw narcyzmu, nie przeczę. Żyję zaś w zgodzie z własną wizją i jestem szczęśliwa. Bo przecież o to w życiu chodzi, prawda?

Podobnie jak Lauren Sandler, autorka książki „Jedno i już” nie zamierzam powiększać rodziny na postawie utartych stereotypów i pod wpływem presji kulturowej, ale nie zgadzam się z jedną kwestią, o której napisała:

„Jako rodzice, którzy zdecydowali się poprzestać na posiadaniu jednego dziecka, musimy pogodzić się z dokuczliwym odczuciem, że stawiamy nasze własne dziecko w sytuacji, której nie będzie mogło zmienić. Decydujemy się nie zobaczyć nigdy dwojga dzieci chlapiących się w kąpieli, tarzających w stercie zgrabionych liści, szepczących pod kołdrą, kłócących się przy stole podczas obiadu, trzymających się za ręce na naszym pogrzebie.”

Guzik prawda. Przecież to od nas, rodziców, zależy jak dziecko będzie rosło – samotnie czy w towarzystwie. Maja ma wspaniałe kuzynostwo i koleżeństwo, z którymi spędza możliwie jak najwięcej czasu i z którymi kolekcjonuje wspaniałe momenty. Twierdzenie Halla, iż jedynacy to nieprzystosowani społecznie mięczacy to kompletna bzdura. Skąd to wiem? Bo sama, mimo że rodzeństwo posiadam byłam takim mięczakiem. Poza tym udowodniono naukowo, że jedynacy mają tłumy przyjaciół, odnoszą sukcesy i wcale nie czują się samotni. Co więcej, są szczęśliwsi niż osoby mające rodzeństwo, a ich rodzice bardziej cieszą się życiem niż małżeństwa wychowujące gromadki maluchów (źródło: Newsweek, Katarzyna Burda: „Jedynakiem być„).

Podsumowując: nie należy oceniać matek przez pryzmat ilości urodzonych dzieci. Matki zaś nie powinny podążać za tłumem, a za głosem serca nie zważając na opinię społeczeństwa. Z doświadczenia wiem, że i tak ludziom nie sposób dogodzić. Rodzice jedynaka to egoiści, zaś pary mające więcej dzieci to łowcy pięćset plus. Mam tylko jedną radę/prośbę – żyj własnym życiem, a jeśli koniecznie musisz jakąś kwestie osądzić to najpierw spróbuj ją zrozumieć.