JAK DEMON ZAWŁADNĄŁ MOIM ŻYCIEM

Ten post mogłabym rozpocząć historią latającego stanika, a zakończyć go na wzmiance dotyczącej boleśnie podrapanych kończyn… Dziwne odgłosy, małe, ostre szpony… Znikające kapcie, nieprzespane noce i dylematy.

Wiesz już o kim mowa?

Jak mawiają – marzenia są po to, aby je spełniać. Od zawsze to powtarzam. Mój mąż Jarek od lat marzył o tym, by mieć psa. Co prawda mieliśmy (i rzecz jasna nadal mamy) kotkę. Od ponad 3 lat jest w naszej rodzinie. Ja, jako typowa kociara, absolutnie byłam i jestem uradowana takim stanem rzeczy. Samodzielność i niezależność Panny Pusianny jest zachwycająca, wręcz godna podziwu. Nie wspominając już o jej wdzięku, czystości i delikatności. Choć wychowałam się na wsi, psy niestety nigdy mnie nie fascynowały. Kojarzyły mi się z brudem, głośnym szczekaniem, obrzydliwą formą okazywania radości i wdzięczności  – lizaniem po twarzy. Ale o tym właśnie marzył mój ukochany. I pomimo tego, iż w głębi duszy krzyczałam całą sobą, zapierałam się rękami i nogami by nie dopuścić do przygarnięcia psa… Zgodziłam się. Jeśli kiedykolwiek byłaś/-eś zakochany, zrozumiesz. Największe szczęście osiągamy dopiero wtedy, kiedy możemy pomóc spełnić marzenia ukochanej osoby. Nie bacząc więc na wszelkie trudności, koszta, nowe obowiązki, mały metraż mieszkalny, po prostu powiedziałam „tak”. Mężuś nie tracił czasu. Już po godzinie mieliśmy w domu nowego członka rodziny. Zaadoptowanego boksera nazwaliśmy w przeciągu dwóch minut. Były dwie opcje: Castiel (imię anioła), lub Demon. Cóż… Wprawdzie wygląda on na słodkiego świętoszka, ale za tymi brązowymi, rozczulającymi oczkami kryje się niemały rozrabiaka 🙂 Tak więc lejdis end dżentelmen powitajcie Demona:

 

Maluch ma dopiero siedem tygodni. A już spory z niego klopsik. Niejednokrotnie już wystawił moją cierpliwość na próbę (i nadal to robi)… Kałuże i inne niespodzianki w domu, gryzienie po nogach w godzinach nocnych, kradzież kapci, skarpetek… Nawet pisząc tego posta siedzę w niezbyt komfortowej pozycji na zimnej podłodze z psem na nogach. Jako maluch potrzebuje jeszcze naszego ciepła by spokojnie zasnąć. Rzecz jasna powinien niańczyć go w tej chwili jego pan – Jarek, ale wcześnie rano musi wstać do pracy, więc go wyręczam. Czego nie robi się z miłości? Ale w sekrecie zdradzę Ci, że pomijając wszelkie występki Demona, trochę go polubiłam. No dobra…

…pokochałam go!

 

Pierwszy tydzień za nami. Historia mojej przeglądarki przeładowana jest frazami: „jak tresować psa”, „rasa psa bokser”, „tresura szczeniaka”, „czkawka u młodego psa” itede, itepe. Nie pamiętam już kiedy ostatni raz się porządnie wyspałam. Zużyliśmy około pięciu maxi rolek ręczniczków papierowych. Pochłonął całe trzy kilo karmy. Ale jestem silna i choćby nie wiem co, sprostam temu zadaniu. Księżycova tak łatwo nie odpuszcza!

PS. Jeśli macie jakieś rady dla kociary odnośnie wychowywania szczeniaka oraz życia z psem – piszcie! 😀