Dziękuję, że byłeś, pamiętam… | Historia Demona

Wciąż żyję Międzynarodowym Dniem Psa. Choć nadal się z tym nie pogodziłam, nadszedł czas, w którym opowiem Wam długo odwlekaną historię Demona, jak w krótkim czasie odmienił nasze życie i jak równie szybko od nas odszedł…

Pomimo tego, że przez dobre dwadzieścia lat swojego życia mieszkałam na wsi, nigdy nie kochałam zwierząt. Lubiłam je i szanowałam, ale świat ludzi, a czworonogów zawsze oddzielałam grubą linią. Owszem, miewałam własne zwierzątka takie jak chomiki, rybki, żółwie, króliczki; przynosiłam pod dom każdą znalezioną przybłędę, aczkolwiek nigdy nie wierzyłam w to, iż między człowiekiem, a zwierzęciem może powstać prawdziwa więź.

W wieku 18 lat poznałam Jarka – miłość mojego życia. Od tego się wszystko zaczęło. Nauczył mnie on wielu ważnych rzeczy między innymi miłości do zwierząt, za co dziś jestem mu ogromnie wdzięczna. Gdy tylko zamieszkaliśmy razem temat posiadania psa poruszany był niemal każdego dnia. Byłam przeciwna, lecz z biegiem czasu uległam jego namowom. Decyzję zmieniłam z prostego powodu. Długo bezskutecznie staraliśmy się o dziecko. Byłam bardzo przygnębiona faktem, że nie jest mi dane zostać matką. Kupiliśmy więc psa w celu zgłuszenia instynktu rodzicielskiego, który rozdzierał nasze serca.

Demon od razu wprowadził w nasze życie ożywienie, radość i swego rodzaju dziecinność. Wszędzie było go pełno, uwielbiał pieszczoty i wymagał naszego zaangażowania w jego wychowanie. Smutek, który od lat nas trapił zaczął tracić na sile. Dawaliśmy z siebie 100% by miał wszystko, czego mu było trzeba, dbaliśmy o szczepienia, regularne wizyty u weterynarza, długie spacery, kąpiele i tak dalej, a mimo to… To nie wystarczyło.

Z chwili na chwilę nasz żywiołowy pies, którego wszędzie było pełno zmienił się w niemrawego, skulonego biedaka. Od razu sprawę skonsultowaliśmy z weterynarzem. Zatrucie, bądź parwowiroza – taka była diagnoza. Otrzymał leki, które miały postawić go na nogi – bezskutecznie. Z każdym kolejnym dniem pomimo coraz to silniejszych medykamentów i kroplówek nasz kochany Demon słabł. Przestał jeść, pić. Nieustannie wymiotował własną krwią… Byliśmy przerażeni i załamani. Jego walka trwała dwa tygodnie. Niestety organizm naszego psiaka okazał się zbyt słaby by uporać się z wirusem parwowirozy.

To ja podjęłam decyzję, dzięki której Demon zakończył swój żywot

Wierz mi lub nie, ale patrząc na niego potrafiłam odczuć jego nastrój. W początkowej fazie choroby oczy Demona były radosne. Widziałam, że pomimo złego samopoczucia potrzebował naszej bliskości, miał iskierki w oczach gdy przy nim czuwaliśmy. Z każdym kolejnym dniem blask w jego spojrzeniu gasł na rzecz wołania o pomoc. Robiliśmy co tylko mogliśmy wciąż wierząc, że cudownie ozdrowieje. W ostatnich 2 dniach jego życia jego oczy mówiły jedno – przepraszam, poddaję się.

To właśnie jego spojrzenie sprawiło, iż podjęłam decyzję o jego uśpieniu, którą coraz częściej podsuwał nam weterynarz. Nie żałuję. Wiem, że to była najlepsza decyzja jaką mogłam wówczas podjąć. Chwila rozstania z przyjacielem była jedną z najtrudniejszych w moim życiu. Nigdy nie zapomnę naszego pożegnania… Weterynarz nie chciał dopuścić mnie do tego, bym była obecna przy jego usypianiu, ale pomimo lęku i ryzyka mój upór wygrał. Obawa zarówno weterynarza jak i moja spotęgowana tym, iż troska nie dotyczyła jednego, a dwóch istnień…

Spełniłeś swoją misję, dziękuję

Mieliśmy Demona siedem miesięcy, a zaledwie dwa sprawiły, że stres i złe emocje związane z pragnieniem macierzyństwa odeszły w zapomnienie i… Zaszłam w ciążę. Był to dla mnie ogromny szok i przez połowę ciąży nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje na prawdę. Łzom szczęścia nie było końca. To właśnie Demon jako pierwszy widział moją pierwszą reakcję i euforię po ujrzeniu dwóch kresek na teście. Przez okres czterech miesięcy ciąży, w których Demon mi towarzyszył dzielnie strzegł mojego brzuszka i fasolki, która w nim żyła…

Jaki był?

Pełen życia, 24 godziny na dobę gotów do szaleństw. Ubóstwiał kanapy, wszędzie czuł się jak prawowity pan domu godny do tego, by zająć całą kanapę dla siebie razem z pilotem od TV. Był też małym brojarzem. Lubił pod naszą nieobecność rozpruwać poduszki lub zjadać czekolady. Do dziś nie wiem jakim cudem zdołał rozpakować czekoladę z kartonika i folii… Bardzo się ślinił, jak na tą rasę przystało. Miał zwyczaj wycierać w nas pyszczek, zwłaszcza wtedy, gdy dopiero co włożyliśmy czyste ubrania. Uwielbiał spacery, przysmaki i gonitwy, które miały być nauką aportowania, a kończyło się na zabawie w berka… Każdej nocy spał z nami w łóżku przytulając się do nas jak małe dziecko, lub po prostu kładąc się na nas. Był bardzo przyjazny dla ludzi jak i innych zwierząt. Choć nie zawsze był w stanie zapanować nad swym szalonym temperamentem starał się nas zadowolić. Szybko uczył się nowych tresur, ale i lubił nam zwiewać frywolnie machając przy tym ogonem. Często się psocił, ale miał w sobie coś, co sprawiało, że nie byliśmy w stanie się na niego długo gniewać. Był najlepszym psem, jakiego tylko mogliśmy mieć.

 

I na koniec…

Morał z tej historii jest jeden – nie kupujcie zwierząt z pseudohodowli. Dowiedzieliśmy się, pół roku po śmierci Demona, że inne psy z tego samego miotu również „złapały” parwowirozę. A zatem zakupiliśmy już zarażonego szczeniaczka. Po drugie… Dbajcie o swoich pupili, bo nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie się nam z nimi pożegnać. Musiało minąć sporo lat bym mogła to zrozumieć, ale dziś doświadczona mogę przyznać uczciwie:

pies najlepszym przyjacielem człowieka.