Macierzyństwo jest cudowne. Nigdy nie miałam co do tego najmniejszych wątpliwości. To najlepsze co mnie w życiu spotkało. Jestem szczęśliwa, jestem spełniona ale i… jestem zmęczona. Tak, zmęczona.

Długo nie umiałam przyznać się do tego, że mam kryzys. Nawet nie jestem w stanie określić dlaczego to ukrywałam. Może duma, może strach przed niesłusznymi osądami ludzi wokół, a może też przed samą sobą, że nie nadaję się do nowej roli, której przecież tak bardzo pragnęłam. Jakkolwiek myślałam, było to głupie. Dziś wiem, że każda matka ma prawo mieć chwilowe załamanie.

Byle do roczku, byle do roczku… Jak już dziecko skończy roczek to będzie z górki, zobaczysz” – zapewniały mnie matki, a ja głupia i niedoświadczona dałam się nabrać. Ząbkowanie, krzyk za każdym razem gdy znikam Majce z pola widzenia, awanturki i wieczne wołanie o cycka osiągnęło level hard. Po roczku zaczęła się ostra jazda bez trzymanki… Majka stała się na tyle rozumną istotką, że doskonale radziła sobie z wykorzystywaniem mnie i testowaniem mojej cierpliwości. Musiałam chodzić z nią za rękę krok w krok. Gdy odmawiałam jej czegoś wpadała w ogromną histerię, która ta zawsze kończyła się na karmieniu, bo tylko pierś była w stanie uspokoić jej nerwuski. Nocki pełne pobudek, zmęczenie fizyczne i psychiczne, obolałe i pogryzione piersi, bóle stawów… Tak oto wpadłam w swój pierwszy matczyny kryzys. Początkowo ukrywałam się z tym, że w głębi siebie krzyczę z rozpaczy. Mimo, że robiłam wszystko co w mojej mocy by zaspokoić Majki potrzeby nadal dręczyło mnie poczucie bezradności. Jednak pewnego dnia pękłam. Schowałam honor w kieszeń i jawnie zaczęłam mówić o zmęczeniu. Poprosiłam bliskich o pomoc. Ku mojemu zaskoczeniu nikt mnie nie oceniał. Pomoc przybyła od razu, a ja nareszcie miałam chwilę dla siebie. Wdech i wydech. Wypiłam nareszcie! ciepłą kawę, wzięłam długą! gorącą kąpiel, nałożyłam maseczkę, włączyłam ulubioną muzykę. Tego właśnie było mi trzeba. Wyłączyć choć na moment funkcję „matka” i zrobić coś dla siebie.

Kryzys ten dał mi wiele do zrozumienia. Matka idealna nie istnieje. Mimo wszelakich supermocy, jakie nadaje macierzyństwo wciąż jestem człowiekiem, który potrzebuje czasem zregenerować siły. Wciąż mam prawo mieć gorsze dni, płakać i okazywać swe słabości. A z dzieckiem jest jak z pogodą. Po burzy zawsze wychodzi słońce. Prędzej czy później schowa rogi i znów będzie słodkim aniołkiem 🙂


W ostatnich kilku dniach humor poprawiła mi iście wiosenna pogoda za oknem jak i nowe ciuszki od Moocha.pl Świetnej jakości białe body z napisem: „Łobuziara” są strzałem w dziesiątkę dla mej pszczółki. Dobrej jakości i miły dla delikatnej skóry materiał bardzo dobrze układa się na małym ciałku. Wyrazisty napis, na śnieżnobiałym tle, który nie oszukujmy się – idealnie pasuje do mojej córeczki, jest trwały i czytelny. Drugim ubrankiem jest czarny t-shirt z napisem: „Czarny się nie brudzi, mama nie marudzi”. Lubię czerń, a Maja jak dotąd nie miała ubranek w tym kolorze. To był błąd! Ciemny materiał cudnie podkreśla jej ciemną karnację i oczka. Ubranka można śmiało prać nawet w wysokich temperaturach (nie patyczkowałam się, zrobiłam brutalny test na 90 stopniach :D), prasować, nosić, brudzić i od nowa! Polecam!