Category

BEAUTY

Category

Długa, gorąca kąpiel w wannie w połączeniu z aromatycznymi świecami, dobrą książką i niekiedy z kieliszkiem wina stanowi dla mnie najlepszą formę relaksu. Mam do tego słabość! Uwielbiam też trwonić oszczędności na wymyślne kosmetyki do kąpieli, ale zdecydowanie bliżej mi do domowych, w pełni naturalnych produktów. Te własnoręcznie wykonane sprawiają mi ogrom frajdy.

Zarówno Majka jak i ja sama mamy wrażliwą skórę, dlatego musimy wspomagać jej pielęgnację sprawdzonymi i bezpiecznymi sposobami. Produkty domowe to niezawodne pomoce w tej kwestii. Soda oczyszczona działa wygładzająco i łagodząco. Idealnie koi skórę i goi podrażnienia. Kwasek cytrynowy pomaga wyrównać pH skóry, odświeża i nadaje skórze blasku. Mleko w proszku odżywia, wygładza i regeneruje. Wykorzystując wymienione produkty stworzyłam ostatnio banalnie proste, urocze i naturalne musujące kuleczki do kąpieli.

Baza:

Najważniejsza część to przygotowanie podstawy. Kiedy stworzymy bazę możemy bawić się z dodatkami i tworzyć własne wariacje.

  • około 100 ml wody w pojemniczku z atomizerem,
  • 400 g sody oczyszczonej,
  • 60 g kwasku cytrynowego,
  • pół szklanki pełnego mleka w proszku,
  • 10 łyżek oliwki do ciała.

Najpierw wsypujemy do miski produkty w proszku. Następnie dodajemy oliwkę. Mieszamy całość dokładnie po każdej dodanej łyżce kosmetyku. Dodajemy wodę. Tutaj bardzo ważne jest, aby nie wlewać jej bezpośrednio na masę bo soda zacznie się pienić, a jak wiadomo, ma się to dziać dopiero w kąpieli 🙂 Tutaj postępujemy podobnie jak z oliwką. Po każdej dodanej wodnej mgiełce mieszamy masę dłońmi, aż stanie się plastyczna, podobna konsystencją do mokrego piasku lub śniegu. Na koniec urozmaicamy gotową bazę dodatkami, które nadadzą kuleczkom charakteru. A możliwości jest mnóstwo!

Potrzebne będą też foremki do formowania kulek. Można zakupić je w sieci, albo wykazać się pomysłowością. Ja użyłam piłeczki do ping ponga 😀 Rozcięłam ją na pół i foremka gotowa! Dzięki temu kulki są mniejsze od standardowych. Zajmują mniej miejsca, są poręczniejsze i wprost idealne dla dzieci.

Rumiankowe ukojenie

  • 2,5 łyżki suszonego rumianku

Te kuleczki tworzyłam głównie z myślą o Majce. Moja córka podobnie jak ja ubóstwia długie kąpiele w wannie. Niestety jej skórka jest bardzo wrażliwa i podatna na podrażnienia, dlatego przy tworzeniu kuleczek dla niej, postanowiłam sięgnąć po rumianek. Jest on świetnym wsparciem na tego typu problemy. Ekspresowo łagodzi zmiany skórne i ma przyjemny ziołowy zapach. Zrobiłam dla niej dwie wersje kolorystyczne: białą oraz różową z dodatkiem kilku kropel barwnika spożywczego.

musujące kuleczki do kąpieli

Bukiet róż

  • niewielka garść suszonych płatków róż
  • 10 kropel olejku lawendowego

Uwielbiam suszyć kwiaty i wykorzystywać je do kąpieli, dlatego nie mogło zabraknąć kuleczki musującej z płatkami róż. Do bazy dodałam garstkę suszu i 10 kropel olejku lawendowego. Teoretycznie bardziej pasowałby tutaj olejek różany, ale lubię urozmaicenia i zwariowane kombinacje. Olejek lawendowy działa przeciwzapalnie i antyseptycznie, działa uspokajająco i wyciszająco. W dodatku specyfik odmładza i wygładza naskórek.

musujące kuleczki do kąpieli

Cynamonowa kawa

  • 3 płaskie łyżki kawy mielonej
  • pół łyżeczki cynamonu

Nie mogło obyć się także bez dwóch rzeczy, które uwielbiam, a mianowicie: kawy i cynamonu. Nie dość, że to mieszanka nieziemskich aromatów to jeszcze wspaniale peelingują skórę. Wygładzenie, nawilżenie, poprawa ukrwienia – gwarantowane. Dodatkowo cynamon ma moc oczyszczania ciała z toksyn.

musujące kuleczki do kąpieli

Herbaciana słodycz

  • 15 kropel olejku herbacianego
  • 2 łyżki cukru gruboziarnistego

Olejek herbaciany to zdecydowanie mój faworyt wśród aromatów. Silny, ale bardzo przyjemny zapach koi zmysły, a ponadto ma szereg cudownych właściwości. Działa antyseptycznie, przeciwbakteryjnie, przeciwgrzybiczo i przeciwwirusowo. Skutecznie leczy podrażnienia, trądzik, wybiela blizny.

musujące kuleczki do kąpieli

Przedstawiłam zaledwie cztery możliwości na musujące kuleczki do kąpieli. Mam nadzieję, że jeśli skorzystasz z przepisu wykażesz się kreatywnością i stworzysz dodatkowe kombinacje. Jeśli tak się stanie podziel się nimi w komentarzu. Inspirujmy się nawzajem 🙂 Niebawem post z przepisem na sole do kąpieli, a tymczasem zapraszam na stary, ale nadal aktualny wpis z przepisem na domowe peelingi.

Kilka miesięcy temu złapałam bakcyla i stałam się maseczkomaniaczką. Oh, jak bardzo dwuznacznie to brzmi w dobie pandemii koronawirusa 🙈🙊. To tylko przenośnia z tym bakcylem, a maseczki, o których mowa to rzecz jasna kosmetyki pielęgnacyjne. Przepraszam, wróćmy do tematu. Wszelkiego rodzaju mazidełka stały się moim sposobem na relaks, złotym środkiem na ukojenie, odstresowaniem w tym trudnym dla całego świata czasie. Nic mnie tak nie odpręża jak gorąca kąpiel z maseczką na twarzy w towarzystwie zapachowych świec i dobrej książki. Kiedy tylko zaczęłam zauważać pozytywne skutki ich stosowania postanowiłam brnąć dalej w ten temat. Zaczęłam bardzo poważnie traktować dobieranie kosmetyków. Analizuję składy, zwracam uwagę na przeprowadzane testy, stosuję kosmetyki, które są dopasowane do mojej cery. Latami prowadziłam byle jaką pielęgnację, która wyrządziła wiele szkód, ale racjonalne i świadome podejście do tematu pozwala mi wychodzić na prostą.

Podążając tym tropem odkrywam na swej drodze marki kosmetyczne, które mają zbawienny wpływ na moją cerę i na stałe lokuję je w swojej kosmetyczce. W ostatnim czasie moje serce podbiła marka Iossi.

Iossi

Kosmetyki Iossi charakteryzują wyselekcjonowane składniki najwyższej jakości. Są to naturalne i organiczne oleje i masła, olejki eteryczne i ekstrakty roślinne. Marka korzysta wyłącznie ze składników akceptowanych przez ECOCERT/COSMOS do stosowania w kosmetykach naturalnych i organicznych. 

Iossi Acerola – cytrusowa esencja z kwasami AHA, kwasem hialuronowym i niacynamidem

Ten kosmetyk ciekawił i kusił mnie od dawna. Instynkt podpowiadał mi, że to może być hit. Kiedy otrzymałam przesyłkę nie zwlekając zdjęłam korek i rozpyliłam go w kierunku twarzy. Zamiast zatopić się w rozkosznej chmurce zaczęłam machać rękoma by się jak najprędzej z niej wyrwać. Czasami zbyt duże wyobrażenia mogą wywołać rozczarowanie w starciu z rzeczywistością. Niestety zapach kosmetyku nie przypadł mi do gustu. Nie ukrywam, że ten aspekt u kosmetyków ma dla mnie duże znaczenie, a ja potrafię być wybredna. Jednakże dzięki temu, że Acerola ekspresowo się wchłania, mocno cytrusowy zapach szybko się ulatnia. Okazało się, że mimo nie wpisującego się w moje gusta aromatu można się do niego przyzwyczaić, a nawet go zaakceptować. Potrzebowaliśmy czasu, by się polubić.

Doceniłam ten kosmetyk. Super wydajność (200 ml), prostota użytkowania (butelka wyposażona jest w poręczny atomizer rozpylający ciecz) i skuteczność. Esencja dzięki “mądrym” składnikom jest bezpieczna i w sposób zgodny z naturą pielęgnuje skórę twarzy, szyi i dekoltu. Przede wszystkim odczuwalne jest nawilżenie oraz wygładzenie. Wspomaga gojenie się ranek potrądzikowych i przesuszeń. Zaleca się, by tonik przechowywać w lodówce, co nie tylko sprzyja dłuższej przydatności, ale również idealnie odświeża i pobudza.

Iossi: Nawilżająca pianka ryżowa do mycia twarzy

Nawilżająca, delikatna pianka do codziennego mycia twarzy, przeznaczona dla każdej cery to kosmetyk, którego od dawna szukałam. Mam słabość do kosmetyków w formie pianek. Uwielbiam muskanie wywołane tworzeniem się i pękaniem drobnych bąbelków. To jednocześnie przyjemne i zabawne. Jakby stado motylków przysiadło na twarzy i trzepotało skrzydełkami. W dodatku pianka Iossi pachnie NIEZIEMSKO! Ziołowy, bardzo przyjemny aromat przenosi mnie do czasów dzieciństwa. Kojarzy mi się z herbatą, którą miała w zwyczaju parzyć moja babcia. Każdego dnia jej zapach gościł w kuchni. Dziś przywołuję te miłe wspomnienia podczas mycia twarzy. Kto by pomyślał!?

Pianka jest bardzo wydajna, zamknięta w wygodnym pojemniku z dozownikiem. Koi, nawilża i odświeża twarz. Nie podrażnia, nie pozostawia zbędnych powłok na twarzy. Nie zapycha porów, delikatnie oczyszcza. Absolutny must have do łagodnej pielęgnacji. Stosowanie pianki Iossi stało się już moją rutyną, z której nie zamierzam rezygnować.

Zero waste {iossi}

Markę Iossi wyróżnia jeszcze jeden fakt. Prócz tego, iż oferuje kosmetyki wyprodukowane w zgodzie z naturą, stosuje także zasadę zero waste. Klienci po zużyciu kosmetyków mogą zwrócić puste opakowania do firmy, dzięki czemu zostaną wykorzystane ponownie. Będziemy ekologiczni i dodatkowo zyskamy serum do twarzy i torebeczkę nasion do wysiania jako podarunek przy kolejnym zamówieniu. Świetna inicjatywa!

Pamiętam do dziś, jak za czasów nastoletnich w rodzinnym domu kobiety przekazywały sobie z rąk do rąk katalogi Avon. Właściwie wszystkie możliwe kosmetyki w łazience począwszy od szamponów poprzez paletki cieni do powiek, aż po lakiery do paznokci nosiły logo właśnie tej marki. Pamiętam euforię, gdy mama pozwoliła mi zamówić sobie jakiś drobiazg. Pierwsza kredka do oczu, tusz do rzęs, puder. To właśnie Avon wprowadził mnie w świat kosmetyków. Z czasem jednak zaczęłam poszerzać horyzonty i szybko zrozumiałam, że to… zwyczajnie kiepska marka.

Przez dobre dziesięć lat nie korzystałam z żadnych kosmetyków marki Avon. Nie byłam z nich zadowolona, nie satysfakcjonował mnie ich skład, a katalogi zaczęły mnie wręcz odstraszać. Do dziś mam wrażenie, że każdy z nich różni się jedynie okładką i kolejnością stron. Kiedy otrzymałam ofertę przetestowania ich zestawu od razu zaczęłam stukać na klawiaturze odmowę, ale nim kliknęłam “wyślij”, zastanowiłam się.

Być może coś się zmieniło? Może firma poszła naprzód, kosmetyki zostały udoskonalone, oferta poszerzona o produkty zgodne z obecnie panującymi trendami? Poczułam nieodpartą chęć, by osobiście to sprawdzić. Dostałam paczkę-niespodziankę, a w niej:

  • balsam do ciała Rare Pearls,
  • odświeżająca maseczka w płachcie z aloesem Avon Care,
  • mgiełka do ciała Encanto Charming,
  • żel pod prysznic Kir Royale,
  • dezodorant w kulce Imari Fantasy,
  • mgiełka do ciała z eukaliptusem i miętą Arometherapy, Planet Spa

Odświeżająca maseczka w płachcie z aloesem Avon Care

Jak dotąd nie wiedziałam, że Avon również wprowadził jakże modne w ostatnim czasie maseczki na płachcie. Z nutą podejrzliwości, a nawet przerażenia postanowiłam nałożyć ją na twarz. Maseczka jest bardzo obficie nasączona płynem aloesowym, który aż spływał po maseczce. Może i niezbyt komfortowe, ale uznaję to za plus. Z opakowania również zdołałam wycisnąć sporą część kosmetyku, którą wykorzystałam na szyję i dekolt (lubię wykorzystywać kosmetyki do końca). Płachta wygoda, fajnie wyprofilowana, idealnie wpasowała się w moją twarz, co jest rzadkością. Przyjemny, delikatny zapach relaksuje zmysły. Nawilżenie, owszem, jest wyczuwalne, ale mam wrażenie, że to tylko chwilowy efekt zaraz po zabiegu. Ogólnie jestem zadowolona, choć żeby zdać realną recenzję na temat jej skuteczności musiałabym użyć jej co najmniej kilka razy.

Mgiełka do ciała Encanto Charming

Mgiełki od zawsze były moją słabością. Encanto Charming to zamknięty w uroczej różowej buteleczce aromat słodkiego ananasa, soczystej jeżyny i drewna sandałowego. Ja określam go jako cukierkowy. Przyznam, że bardzo lubię tego typu słodkie mgiełki, a zatem kosmetyk przypadł mi do gustu. Niestety nie utrzymuje się zbyt długo ani na skórze, ani na odzieży. Zapewne “wypsikam” ją w tydzień, może dwa. Ps. Maja mistrzynią drugiego planu 😀

Mgiełka do ciała z eukaliptusem i miętą Arometherapy, Planet Spa

Jak już mówiłam – kocham mgiełki. Oczywiście, nie wszystkie zapachy wpisują się w moje gusta, ale mimo tego, iż eukaliptus i mięta diametralnie różni się od Encanto Charming, bardzo mi się podoba. Faktycznie jest to zapach typowy dla aromaterapii. Zmysłowy, ziołowy, głęboki sprawia, że zmysły są ukojone. Zapach nie jest zbyt intensywny i niestety szybko się ulatnia. Niezwykle ciekawa kompozycja, której zapewne bym nie wybrała bez wypróbowania. Bardzo cieszę się, że ten jakże odbiegający od reszty produkt dołączył do mojej kolekcji zapachów.

Czy zmieniłam zdanie na temat kosmetyków Avon?

Mgiełki oceniam na plus, maseczkę także, ale reszta kosmetyków niestety jest (mówiąc łagodnie) kiepska. Balsam do ciała Rare Pearls nie jest dla mnie kosmetykiem pielęgnacyjnym. Ekstremalnie mocny zapach (wiadomo, balsam perfumowany, ale uważam, że zapach jest mimo to zbyt silny), ciężka konsystencja i kiepski skład po prostu odstrasza.

Żel pod prysznic Kir Royale, czy aby na pewno jest żelem? Powinien nosić miano “avonowskiego” glibbi. Konsystencja absolutnie nie jest żelowa, a galaretowata. Ciężko jest wycisnąć początek produktu, a co dopiero kocówkę. Nawet rozcieńczanie wodą niewiele pomaga! Jego zapach to dla mnie koszmar. Mogę przysiąc, że pachnie dokładnie tak, jak znienawidzony za czasów dzieciństwa antybiotyk na anginę. Chcę zapomnieć, że ten produkt był w moich dłoniach.

I na koniec dezodorant w kulce Imari Fantasy. Poważnie ktoś jeszcze używa te kulko-sztyfty? Starałam się podejść do tego na poważnie. Użyłam i… zgodnie z obawą zamiast cieszyć się miłym zapachem, (który z resztą wcale się miły nie okazał) zyskałam uczucie sklejonych paszek 😀 Kuleczkom zatem mówię stanowcze nie.


Nie zmieniłam zdania odnośnie marki Avon. Mimo szczerych chęci i pozytywnego nastawienia nadal uważam, że te kosmetyki nie należą do najlepszych. Nie mnie to oceniać, ale odnoszę wrażenie, że producenci utknęli w starych projektach i nie brną na przód, nie doskonalą się. Zdarzają się perełki, ale nawet one mają swoje wady. Może w przyszłości, może następnym razem Avon zdoła mnie oczarować, ale jeszcze nie dziś.

Wzmacniająca wcierka do skóry głowy Szafran i Cynamon marki Sattva to moje ostatnie odkrycie kosmetyczne. Odkąd moja przyjaciółka zaraziła mnie swoją obsesją dbania o włosy zaczęłam sumiennie przeczesywać półki drogeryjne w poszukiwaniu produktów dobrej jakości i co ważniejsze z odpowiednim składem. Metodą prób i błędów, pozytywnych i zaskakująco negatywnych testów dochodzę do coraz lepszych rezultatów i kosmetyków. Tak oto odkryłam i na długo skupiłam się na wyjątkowej marce Sattva.

Wakacje to trudny okres dla naszej skóry. Czynniki takie jak wysokie temperatury czy też działanie promieni słonecznych mają na nią niekorzystny wpływ. Koniecznym jest zaopatrzenie się w odpowiednie kosmetyki, które zapewnią nam jak najlepszą ochronę. Krem nawilżający, krem z filtrem przed i po opalaniu, lekki balsam to absolutne must have’y, ale najważniejsze jest odpowiednie przygotowanie na spotkanie z lipcowym słońcem. Nim rozpoczniemy eksponowanie ciała, warto zastosować kilka prostych zabiegów. Po pierwsze: złuszczanie martwego naskórka dzięki peelingom gruboziarnistym. Po drugie – moc nawilżenia, która jak wiadomo jest kluczem do pięknej, lśniącej skóry. Poznaj kosmetyki Maudi, które towarzyszą mi tego lata.

Cukrowy peeling czekoladowy

Ileż razy musiałam się powstrzymywać przed jego zjedzeniem! Zmysłowy zapach czekolady pobudza zmysły tak bardzo, że ciężko jest poskromić żądzę łasucha. Zamiast nałożyć kosmetyk na skórę miałam ochotę zaaplikować go prosto w usta! Peeling jest wydajny, ma grube ziarna, które poza ścieraniem naskórka świetnie masują skórę i poprawiają jej ukrwienie. Kosmetyk jest zwarty, nie ucieka podczas kąpieli przez palce. Pozostawia na skórze pewnego rodzaju filtr, który daje poczucie wygładzenia i dogłębnego nawilżenia. Kosmetyk ma świetny skład, zawiera węgiel aktywny, masło shea, ziarna kakaowca oraz cukier.

Cukrowy peeling truskawkowy

Kolejny niebiańsko pachnący kosmetyk od Maudi, który perfidnie prowokował mnie do jego konsumpcji. Z trudem udało mi się opanować i zgodnie z przeznaczeniem nakładałam go na ciało. Peeling jest kosmetykiem, który nie tylko wygładza, odżywia i pielęgnuje naszą skórę, ale również zabiera nas w krainę rozkoszy. Relaks i ukojenie zmysłów gwarantowane. Peeling niewiele różni się od poprzedniego kosmetyku. Jego skład zawiera olej z pestek truskawek, masło shea oraz cukier. Przyjemnie masuje skórę pozostawiając ją oczyszczoną, wygładzoną oraz dogłębnie nawilżoną. Podobnie jak peeling czekoladowy jest zwarty i starcza na kilka – kilkanaście użyć (w zależności od potrzeby). Odniosłam wrażenie, że truskawkowy peeling ma większą moc nawilżenia niż czekoladowy. Poza tym cudowny zapach i kolor sprawił, iż uznałam różowy kosmetyk jako faworyt nr 1.

Obydwa peelingi stosowałam naprzemiennie, przez miesiąc czasu. Efekty? Dzięki tym dwóm cudownie pachnącym “drapaczom” skóra szybko i skutecznie pozbywa się starego naskórka, zanieczyszczeń, a nawet drobnych niedoskonałości. Jest ekstremalnie nawilżona, wygładzona. Jej koloryt i napięcie się poprawiło. Brzuch, pełen rozstępów znacznie się poprawił. Luźna skórka nieco się wciągnęła, stała się bardziej napięta, a rozstępy zrobiły się bledsze i płytsze. Po peelingach dużo lepiej przyswajałam opaleniznę, która jest trwalsza niż zazwyczaj. Jednak jak każde kosmetyki, tak i one mają pewne wady. Po pierwsze są absolutnie uzależniające! Po drugie: zostawiają na ściankach wanny tłusty, ciemny osad, przez co należy myć wannę po każdym ich użyciu.

Olej z dzikiej róży

Spośród wszystkich dostępnych olejków zawsze najchętniej sięgałam po olej z dzikiej róży. Niestety jednak w zależności od marki różnie się one sprawdzały. Olej z dzikiej róży od Maudi stosowałam głównie pod oczy, na brzuch oraz na włosy. Świetnie nawilża skórę przywracając jej blask i wygładzenie. Kosmetyk świetnie wiąże się z włosowymi miksturkami. Idealnie uzupełnia maski i odżywki. Moje włosy dzięki temu olejkowi są znacznie milsze w dotyku, wygładzone i łatwiejsze do okiełznania. Szkoda, że nie ma tego kosmetyku także w większej wersji.

Hydrolat aloes

Stworzony został na bazie wysokiej jakości liści aloesu. Posiada właściwości nawilżające i kojące. Zamknięty w bardzo wygodnej, poręcznej plastikowej (szkoda, że nie szklanej) buteleczce z rozpylaczem. Kosmetyk nadaje się do stosowania zarówno na skórę jak i włosy. Używam kosmetyku na noc głównie na twarz i dekolt. Daje natychmiastowe poczucie nawilżenia, ekspresowo się wchłania, nie pozostawia na skórze żadnej nieprzyjemnej powłoki. Hydrolat jest bardzo wydajny. Nie zauważyłam niestety żadnych efektów przy stosowaniu hydrolatu na włosy. Plusem jest to, że ich nie obciąża i ułatwia rozczesywanie. Jak widać, a raczej nie widać na poniższym zdjęciu kosmetyk jest całkowicie przezroczysty.

Podobny obraz

Organic Shop – Organic Grape & honey

Szampon prezentował się obiecująco. Stworzony został na bazie winogron i miodu, pozbawiony SLS, parabenów i silikonów. Efekt miękkich, wygładzonych włosów, jaki obiecywał był dokładnie tym, czego było mi trzeba. Gdy postanowiłam użyć go po raz pierwszy wierzyłam, że faktycznie zdziała cuda, że spełni swoją rolę. Fajna, stylowa butelka, choć bardzo nieporęczna. Łatwo wyślizguje się z mokrych dłoni i co gorsza nie jest wyposażona w pompkę. Kosmetyk jest dość gęsty, wolno spływa, a gdy już trafia na dłoń to w sporej ilości. Jego zapach jest delikatny, przyjemny, niekoniecznie zachwycający. Bardzo fajnie rozprowadza się go na włosach i skórze głowy. Ekspresowo się pieni, jest łatwy do spłukania. Po myciu spędziłam niespełna 5 minut w ręczniku. Gdy go zdjęłam, a włosy powoli wysychały zaczęło się. Szampon wywołał swędzenie skóry i nie mały łupież. Wytrzymałam dobę po czym dokładnie umyłam włosy zaufanym szamponem przeciwłupieżowym, który całe szczęście uratował sytuację. Miękkość i wygładzenie? Albo omyłkowo przyklejono na kosmetyku złą etykietę, albo to jakiś żart. Moje włosy były napuszone, szorstkie. Nie byłabym sobą, gdybym wystawiła negatywną opinię po jednym użyciu tego szamponu. Dałam mu drugą szansę, a on ponownie źle mnie potraktował. Nie polecam, to czyste zło. ZŁO.

PIL’ATEN Krem do rąk z masłem shea

Jako że jestem sroką, lubiącą ładnie zapakowane kosmetyki tak od razu krem PIL’ATEN wpadł mi w oko. Ciekawa forma poręcznej zakrętki, metaliczna srebrna tubka z wizerunkiem uroczej dziewczynki trzymającej awokado bardzo mi się podoba. Krem zgodnie z opisem powinien nawilżać, wygładzać i odżywiać skórę rąk. Tym razem etykieta nie kłamie i faktycznie kosmetyk świetnie spełnia wszystkie swoje zadania. Ma delikatny, bardzo przyjemny zapach, który długo utrzymuje się na dłoniach. Ekspresowo się wchłania, dogłębnie nawilża oraz jest bardzo wydajny. Bardzo niewielka ilość kremu nawilża całe dłonie na długo. Pozostawia na skórze pewnego rodzaju filtr chroniący przez przesuszeniem. Szczerze polecam!

HIMALAYA Herbals Cream & Honey Nourishing Soap

Rzadko sięgam po mydła w kostce. Zazwyczaj kupuję je, dzielę na kilka części i chowam w garderobie, by ubrania wchłaniały ich świeży zapach. Do kąpieli zaś preferuję płynne kosmetyki, gdyż są wygodniejsze w użyciu i wydajniejsze. Mydełko szybko rozpuszcza się w kąpieli, choć nie całkiem. Spokojnie starcza na kilka użyć. Ma delikatny, świeży zapach, który koi zmysły. Niestety ten nie utrzymuje się długo na skórze. W zasadzie zaraz po kąpieli znika. Nie odczułam żadnego efektu nawilżenia. W przypadku tego kosmetyku pozostanę neutralna. Delikatnie się pieni, skutecznie myje, ładnie pachnie – to jedyne zalety, jakie jestem w stanie wymienić, ale czy można oczekiwać czegoś więcej od tradycyjnego mydła w kostce?

 

 

Post napisany we współpracy z: