Category

BOOKS

Category

Jestem cholernie dumna ze swojego instynktu, który ostatnio mnie nie zawodzi. Książki, które w tym roku przygarniam do swojej domowej biblioteczki wybieram pod wpływem impulsu, bardzo spontanicznie i bez głębszego namysłu. Przyznam nawet, że rzadko kiedy zagłębiam się w opisy na tylnej okładce. Nie lubię przedwcześnie znać tajemnicy, jaką skrywają pachnące świeżym drukiem strony. Czasem wystarczy mi intrygująca okładka, zastanawiający tytuł, by dać się opętać lekturze. Często płacę tego konsekwencje. Nie tyle ból sprawia stracona gotówka, jaką wydałam na książkę, co zawód i rozczarowanie. Sally Rooney nie musiała mnie długo zachęcać do “Normalnych ludzi“. Ta książka po prostu mnie kusiła, mówiła do mnie! Nie oczekiwałam, że okaże się wybitnym arcydziełem, że jej akcja wywoła we mnie emocjonalną burzę, a mimo to…

Bardzo lubię nowości od REBIS. Bardzo rzadko się zdarza, że krytykuję książki z tego wydawnictwa. Tym razem Cię zaskoczę i przyznam, że nie chwyciłam za tą pozycję przez kuszącą okładkę. Prawdę mówiąc nie przypadła mi za bardzo do gustu, choć jest bardzo trafna. Spodobał mi się tytuł, jakim Heinlein mianował swoją książkę. “Drzwi do lata”, czy to nie brzmi intrygująco, nieco romantycznie, magicznie? Kolejną pokusą okazała się notka na temat lektury od jednego z cenionych przeze mnie pisarzy – Stephana Kinga: “Heinlein to symbol wszystkiego, co najlepsze w amerykańskiej SF”. Skoro King tak mówi, co rzeczywiście coś w tym musi być. Sprawdziłam to.

Robert A. Heinlein (1907-1988)

Heinlein to jeden z największych mistrzów SF, autor blisko 40 opowiadań i ponad 30 powieści, które sprzedały się w ponad 50 milionach egzemplarzy i otrzymały nagrody Hugo, Locus, Prometheus. W młodości był oficerem amerykańskiej marynarki wojennej, później studiował matematykę i fizykę, w 1969 roku komentował lądowanie na Księżycu w ramach misji Apollo 11, a jego nazwiskiem nazwano asteroidę. W serii “Wehikuł czasu” REBIS opublikował jego Hioba. Komedię sprawiedliwości.

“Drzwi do lata”

Na samym wstępie przyznam, że sam pomysł na temat książki uważam za bardzo ciekawy. Autor genialnie ubiera zdania w słowa, język jakim się posługuje jest bogaty, interesujący i wciągający w treść. Nie mniej jednak niektóre szczegółowe opisy technologii mnie może nie tyle irytowały co męczyły, nużyły. Jednak jest to bardzo osobista sugestia, bo nie oszukujmy się, co prosta babka nie posiadająca w domu robotów pomagających w porządkach może wiedzieć o programowaniu, obwodach pamięciowych i scalonych, modułach, cybernetyce, podzespołach mechanicznych i elektronicznych. To bardziej męskie klimaty, ale nie zniechęciło mnie to i dalej brnęłam przez kolejne strony.

Głównym bohaterem w książce jest inżynier i wynalazca – Dan Davis. Dzięki swej smykałce tworzy rewolucyjnego robota, który gwarantuje mu ogromny, życiowy sukces. Jednak, mimo inteligencji w swym fachu, brakuje mu jej w relacjach międzyludzkich. Nie tyle obchodzi się z ludźmi nierozważnie, co daje się spontanicznie ponieść miłości i wpada w podłą pułapkę ukartowaną przez jego najbliższych przyjaciół. Traci firmę, prawa do własnych wynalazków, ukochaną kobietę. Pozostaje mu wyłącznie jego najwierniejszy przyjaciel – kot Pete.

Dan w swej jakże niekorzystnej sytuacji postanawia udać się do towarzystwa ubezpieczeniowego, gdzie poddaje się trzydziestoletniej hibernacji. Budzi się w roku 2020…

Akcja książki płynie w bardzo szybkim tempie. Jako czytelniczka bez oporu dałam wciągnąć się w problemy głównego bohatera i z niecierpliwością oczekiwałam rozwiązania sprawy związanej z przekrętem w jego firmie. Ponadto jak zasugerowałam się na wstępie romantycznością tytułu tak faktycznie odnalazłam w lekturze piękny wątek miłosny kończący dzieło Heinleina.

Podsumowując…

Tematyka oparta o inżynierię to zdecydowanie nie mój klimat. Przyznam się, że byłam nieco zmęczona definicjami, których nie rozumiałam i wcale nie chciałam w nie wnikać. Mimo to, “Drzwi do lata” to bardzo dobra książka. Zaskakuje, inspiruje, intryguje. Myślę, że chętnie wrócę do niej za jakiś czas i z czystym sumieniem mogę polecić ją wszystkim fanom science fiction. Jednak mam wrażenie, że jej potencjał nie został do końca wykorzystany. Brakowało mi opisów bohaterów, ich relacji. Byłam nieco rozczarowana, że nie było mi dane bliżej poznać postać Ricky, dokładniej rozpracować Belle. Sugerując się opisem z okładki myślałam, że kot Dana faktycznie zrobi jakieś wybitne show w książce, na co z resztą czekałam 😀 Niestety za duże miałam w związku z nim wyobrażenia. Jestem pewna, że tą historię można by znacznie rozbudować. Szkoda, ale tak czy siak Heinlein’owi należą się brawa.

Moja książkowa rodzinka powitała ostatnio nowego członka, który okazał się kryminałem. Dobrze zapowiadające się nowości wydawnicze zawsze wywołują we mnie nieodpartą i niecierpiącą zwłoki chęć wąchania świeżo drukowanych stronic i zatracenia się w ich treść. Gdy widzę, że autorem obiecującego tomiszcza jest Polak, ekscytacja i i ciekawość jest jeszcze większa, o ile nie podwójna. Lubię czytać i cieszyć się z sukcesów moich rodaków. A zatem, czy “Błysk” Artura Chojnackiego faktycznie można uznać za sukces?

Artur Chojnacki

Anglista, miłośnik popkultury. Pasjonat ciekawych historii, książek i komiksów, seriali i filmów, gry na konsolę. “Błysk” to jego debiut, ale z pewnością nie ostatnia wydana książka.

Przypadek czy inspiracja?

Kiedy rozpakowałam przesyłkę i pierwszy raz spotkałam się okładką w twarz z “Błyskiem” pierwszą myślą jaka mi przyszła do głowy była książka, którą niedawno przeczytałam. Styl okładki skojarzył mi się z “Inkubem” Urbanowicza. Mimo że to dwa różne gatunki – horror i kryminał, poczułam, że może mieć to jakieś powiązanie. To tylko mój wymysł, pomyślałam. Później zorientowałam się, że autorzy mają takie samo imię. Ee, przypadek, przecież Arturów w Polsce nie brakuje. Bez snucia zbędnych domysłów zaczęłam czytać “Błysk” i… zaczęło robić się coraz dziwniej. Okazało się, że podobieństw było więcej. Podobnie jak w książce Urbanowicza tak i tu głównym bohaterem jest policjant. Podobnie jak tamten bada tajemniczą sprawę z elementami nadprzyrodzonymi. I znów podobnie jak w “Ikubie” tak i tutaj spotyka kobietę z heterochromią, która odgrywa ważną rolę. Albo gość wzoruje się na Urbanowiczu, albo za bardzo wkręciłam się w “Ikuba” skupiając się na porównywaniu, albo to czysty choć dziwny zbieg okoliczności.

Nie tylko dla fanów komiksów

Jest jeszcze jedna rzecz, jaka łączy tych dwóch pisarzy. Obaj według mnie są wybitni. Mówiąc krótko “Błysk” to bardzo dobra książka. Przyznam wprost, że miałam obawy nim po nią sięgnęłam. Bałam się, że jej nie zrozumiem, bo…

…nie jestem fanką superbohaterów i komiksów. Kojarzę pojęcia Marvel, Avengers, ale co to takiego? Przyznaję, nie wiem. Chyba nigdy nie obejrzałam w całości żadnego filmu ze Spidermanem, wiec jak sam widzisz, nie jest to mój świat.

Mimo to książka bardzo mi się spodobała, a nawet nie trudno było mi ją zrozumieć. Postacie, rozwój akcji, poszczególne epizody, a także motyw superbohatera, są bardzo dobrze przemyślane i opisane przez autora. Śmiem stwierdzić, że to książka odpowiednia zarówno dla młodzieży jak i dorosłych czytelników, którzy po prostu lubią dobrą akcję.

Chojnacki w swoim kryminale nie tylko opowiada ciekawą historię, ale także przekazuje i uświadamia niezwykle ważne wartości. Akcja książki pędzi w tak zawrotnym tempie, że niejednokrotnie mój wzrok wybiegał szybciej, niż mój mózg zdołał przetwarzać treść.

Jurek Miller, na pozór prosty, szary gość. Z zawodu policjant, a dokładnie detektyw Wydziału Kryminalnego. Miłośnik komiksów i superbohaterów. Marcel zaś to zwyczajny chłopak mieszkający w sierocińcu. Na pierwszy rzut oka prości ludzie, bardzo przyziemni, a jednak z czasem dowiadujemy się, że to bardzo wartościowi ludzie o niezwykłych umiejętnościach. U superbohatera mianowanego Błyskiem nie jest tak na prawdę najważniejsza urzekająca supersiła, a raczej stosunek do jej posiadania i powód, dla którego z niej korzysta.

Nie będę dalej streszczać książki, szkoda wyprzedzać fakty, które powinny zaskoczyć Cię w trakcie czytania 🙂

Bardzo nieładnie panie Chojnacki…

Kiedy gnałam przez ostatnie strony zmierzając ku końcowi miałam obawy, że finał może okazać się słaby. Za dużo zagadek do wyjaśnienia, za mało stron. Gdy dotarłam do ostatniego zdania zamarłam. “Serio?! To jakiś żart?” prychnęłam. Tak się nie robi, panie Arturze… Urwane wątki, bez żadnego wyjaśnienia. Nagła śmierć istotnej i jakże niewinnej osoby z przyczyn nieznanych. Byłam wstrząśnięta, rozgoryczona i zła zarazem. Przez całą lekturę moje serce biło jak oszalałe z nadmiaru emocji, a gdy dotarłam do końca zamarło na chwilę po czym pękło na tysiąc kawałków. Mam mnóstwo pytań, ale przede wszystkim: “Dlaczego pan wyrządził taką krzywdę swoim czytelnikom?“. Umrę z ciekawości. Wybaczę to okrutne zagranie tylko wtedy, gdy na kolejną część nie będę musiała czekać zbyt długo…

…bo napisze Pan część drugą, tak?

“Przystojny, pachnący kosmicznym pyłem” – tak został przedstawiony Księżyc w najnowszej książeczce Majki. “Ekorodzina” to opowieść dla dzieci autorstwa Magdaleny Harnatkiewicz. Wydana została w listopadzie dwa tysiące dziewiętnastego roku przez wydawnictwo Dlaczemu. Jest to opowieść naszej planety Ziemi na temat jej powstania, rodziny i… chorób jakie ją dopadły. Czytanka nie tylko uczy jak być eko, ale także opowiada jak doszło do zaśmiecenia globu. Autorka w prosty i zabawny sposób chciała przekazać dzieciom bardzo ważną wiedzę na temat dbania o środowisko, czy udało się?

Nieustannie zachowywany kontakt narratora z młodym czytelnikiem jest ogromną zaletą tej książki. Dzięki temu dziecko jest bardziej skupione na treści jak również jest w nią bezpośrednio zaangażowane (np. pytaniami: “Jak masz na imię?”). Nie do końca jednak spodobało mi się użycie zwrotu “Skarbie”. Według mnie jest nieco przesadzone, zbyt bliskie. Mimo, że na ostatnich stronach jest wyjaśnienie dlaczego właśnie taki zwrot padał w “Ekorodzinie”, nadal mam problem z zaakceptowaniem go. Ale to nie jest uwaga dla Harnatkiewicz, tylko moja wrodzona czepliwość 🙂

Wielkie brawa należą się autorce za akcentowanie i porównywanie Układu Słonecznego do schematu ludzkiej rodziny. Myślę, że to bardzo ułatwia zrozumienie wielu kwestii. Urzekło mnie także przedstawienie pór roku odnosząc się do osobistych pór roku w życiu człowieka: wiosny jako dzieciństwa, lata jako wczesnej dorosłości, jesieni jako czasu wkraczania w wiek średni oraz zimy jako późnej starości.

Książka mimo iż liczy zaledwie czterdzieści stron ma w sobie sporą dawkę wiedzy. Autorka w treści często odsyła czytelnika do rodziców w celu wyjaśniania skomplikowanych pojęć, a także podaje ciekawe źródła w sieci, z którymi warto się zapoznać. Wspomina również o ważnych osobach, którzy działają na rzecz ekologii, np. o młodej aktywistce Grecie Thunberg czy o Elonie Musku, wynalazcy paneli słonecznych.

“Ekorodzina” jest bogata w liczne ilustracje autorstwa Marty Zawieruchy. Barwne, choć bardzo proste, idealnie trafiają w mój gust. Na końcu lektury znajduje się 5 ilustracji z książki w formie kolorowanek. Nie przeżyłabym bazgrania po książce, ale fajna opcja na ksero.

Podsumowując: zamysł na powstanie książki uważam za bardzo dobry, jednak mam wrażenie, że jej potencjał nie został w pełni wykorzystany. Każdy temat jest traktowany bardzo ogólnikowo, autorka zaczyna daną kwestię i kończy ją odsyłając dziecko albo do rodzica, albo do sieci po więcej informacji. Sama ekologia to również temat rzeka, który nie sprowadza się tylko do poprawnej segregacji śmieci, a zatem szkoda, że tak niewiele jest o niej napisane. Tak czy siak, książeczka jest warta uwagi. Kto wie, może powstanie kolejna część?

Książki mają wpływ na życie czytelnika. Niektóre oddziałują na poglądy, zmieniają tok myślenia w wielu kwestiach. Inne sprawiają, że dostrzegamy to, co wcześniej zdawało się być niezauważalne. Są też i takie, które pomagają nam uporać się z przeszłością z najrozmaitszymi rozterkami lub te, które wspomagają kreowanie nowych marzeń i celów na przyszłość. Wśród tomiszczy można także spotkać dawkę motywacji, siły do działania. Skupmy się na tych ostatnich.

Wszystko zaczyna się w głowie, a kończy gdy nie działasz

Karolina Cwalina-Stępniak to założycielka firmy szkoleniowo – coachingowej, autorka programu dla kobiet „Sexy zaczyna się w głowie”, oferujący szeroki program warsztatowo – szkoleniowy. Specjalista z zakresu rozwoju osobistego, autorka poradników.

Przyznam się bez owijania w bawełnę, że jestem ogromnie wybredna i wymagająca względem jakichkolwiek poradników. Ciężko mi uwierzyć w ich działanie, zwykle mam wrażenie, że są one pisane nie dla samego pomagania, a dla reklamy autorów, ale do rzeczy.

Książka zaliczona została do poradników, ale autorka już na pierwszych stronach zaznacza, że jej książki w żadnym wypadku nie są poradnikami, ani książkami motywacyjnymi. Są jedynie jej „prawdziwą, autentyczną, pełną łez i porażek” historią. Ma to w sobie sporo sprzeczności, ale nie będę nad tym polemizować. Treść kierowana jest do przedstawicielek płci piękej. Szata graficzna jest bardzo delikatna, kobieca. Lektura bogata jest również w przyjemne dla oka, bardzo gustowne zdjęcia autorki.

Książka prócz przedstawienia historii osiągnięcia sukcesów angażuje czytelnika do działania poprzez ćwiczenia do wykonania. Język jest prosty, zrozumiały. Wszystko tak na prawdę wygląda pięknie, nie mam wątpliwości, że autorka jest perfekcjonistką, ale niestety nie mam przekonania co do jej książki. W zasadzie nie dowiedziałam się niczego nowego na temat samego tytułowego działania. Autorka twierdzi, że to nie poradnik, że nie radzi. Rozumiem więc, że to książka która ma służyć za inspirację. Jako coach powinna ludzi dopingować, motywować, a czytając “Wszystko kończy się w głowie, a kończy gdy nie działasz” odnoszę wrażenie, że wyciągam jeden wiosek od autorki polegający na zasadzie: “bądź jak ja, będziesz kobietą sukcesu”. Cóż, to tylko moje osobiste odczucia, więc nie bierz tego do siebie. Nie odradzam, nie polecam.

Smart Sexy – Kaledarz 2020

Tutaj zaś nie mam wątpliwości – to najlepszy planer jaki w życiu miałam. Nareszcie kalendarz w pełni zgodny z moimi wszelkimi wymaganiami. Ładny, lekki, prosty. Minimalizm to podstawa! Nie ma w nim zbędnych tabelek typu “lista zakupów”, “lista obiadów”, czy wyszczególnione godziny na każdy dzień. Nie lubię przesadnego planowania. Szkoda mi cennego czasu na paranoiczne opisywanie każdej minuty życia.

Kalendarz rozpoczyna się listą celów do realizacji na bieżący rok – super sprawa! Każdy tydzień posiada stronę wolną na notatki. Pełna swoboda! Zawiera ciekawe i co ważniejsze nienachalne inspirujące cytaty, przemyślenia, porady i wskazówki na każdy miesiąc. Planer oprawiony jest w twardą, różową okładkę – elegancja. Format zeszytowy sprawia, że bez problemu mieści się do torebki. Jego cena nie przekracza czterdziestu złotych. Czego chcieć więcej? Polecam, polecam, polecam!

Czasami podejmuję irracjonalne decyzje. Kilka dni temu chwyciłam, a w zasadzie rzuciłam się na pewną książkę, po którą wiem, że sięgać nie powinnam, że nie zasłużyłam. Niee, nie jest to kamasutra, nie biblia szatana, lecz “Z czego powstaje jabłko”.

Książka ta jest zbiorem rozmów Sziry Chadad jakie przeprowadziła z Amosem Oz. Wydana została 12 listopada 2019 roku przez wydawnictwo Rebis. Liczy zaledwie dwieście czterdzieści osiem stron i składa się na osiem rozdziałów. Prócz wstępu i podziękowań znajdziemy tematy takie jak: “Serce przebite strzałą”, “Czasami”, “Własny pokój”, “Kiedy biją Twoje dziecko”, “Czego nie może zrobić żaden pisarz”, oraz “Światła od dawna się zmieniają bez naszego udziału”.

Amos Oz to żyjący w latach 1939 – 2018, światowej sławy pisarz izraelski, prozaik, eseista i publicysta. Laureat Nagrody Literackiej Izraela, Nagroda Księcia Austrii, Nagroda Heinego i Nagrody Franza Kafki. Jego książki przełożono na 37 języków. Napisał m.in.: “Do fanatyków”, “Rymy życia i śmierci”, “Tam, gdzie wyją szakale”, “Opowieści o miłości i mroku”.

Szira Chadad zaś jest absolwentką Colombia University i doktorem literaturoznawstwa oraz redaktorką książek i scenariuszy. Redakcja dzieł Amosa była okazją do przeprowadzenia długich, interesujących i co najistotniejsze autentycznych rozmów o życiu, miłości, literaturze i polityce.

Dlaczego nie powinnam sięgać po tą książkę? Bo nigdy nie miałam w dłoni żadnej książki Amosa. Owszem, słyszałam o nim niejednokrotnie, ale jak dotąd nie miałam okazji by poznać jego twórczość. Sądziłam, że ów książka będzie więc dla mnie niezrozumiała, że nie jestem nawet godna by ją czytać, ale moje przypuszczenia były niesłuszne.

Rozmowy Sziry i Amosa były wprost fascynujące. Pisarz okazuje się być inteligentnym, dojrzałym mężczyzną, którego słowa zwyczajnie chce się czytać. Przez książkę mknie się niebywale szybko. Pochłonęłam ją w zaledwie jeden wieczór. Język jest prosty, łatwo przyswajalny a treści bardzo wciągające i głębokie. Amos w rozmowie z redaktorką wyjawia nie tylko swoją drogę do kariery pisarza, ale również to jak dorastał, jak układał swoje życie. Zdradza bardzo intymne szczegóły okresu dojrzewania, postrzegania seksualności i sposobu w jakim podbijał kobiece serca. Nie krył popełnionych w przeszłości błędów, brutalnych i nawet odrzucających wyobcowań z czasów gdy był nastoletnim chłopcem, za co szczególnie jestem mu wdzięczna, bo nie każdy zebrałby się na taką odwagę.

Książka tak na prawdę ma trzy oblicza. Może inaczej, ma trzy zastosowania:
🔸 po pierwsze: można po nią sięgnąć jako inspirację dla początkujących pisarzy. Zawiera ciekawe informacje prosto z warsztatu Amosa, które mogą okazać się przydatne.
🔸 po drugie: “Z czego powstaje jabłko” to świetny egzemplarz dla fanów samego Amosa, którzy chcą poznać bliżej twórcę cenionych dzieł.
🔸 po trzecie: Dialog tych dwojga ludzi jest na tyle interesujący, że można po prostu czytać go bez przyczyny i zobowiązań.