Category

LIFESTYLE

Category

Kilka miesięcy temu złapałam bakcyla i stałam się maseczkomaniaczką. Oh, jak bardzo dwuznacznie to brzmi w dobie pandemii koronawirusa 🙈🙊. To tylko przenośnia z tym bakcylem, a maseczki, o których mowa to rzecz jasna kosmetyki pielęgnacyjne. Przepraszam, wróćmy do tematu. Wszelkiego rodzaju mazidełka stały się moim sposobem na relaks, złotym środkiem na ukojenie, odstresowaniem w tym trudnym dla całego świata czasie. Nic mnie tak nie odpręża jak gorąca kąpiel z maseczką na twarzy w towarzystwie zapachowych świec i dobrej książki. Kiedy tylko zaczęłam zauważać pozytywne skutki ich stosowania postanowiłam brnąć dalej w ten temat. Zaczęłam bardzo poważnie traktować dobieranie kosmetyków. Analizuję składy, zwracam uwagę na przeprowadzane testy, stosuję kosmetyki, które są dopasowane do mojej cery. Latami prowadziłam byle jaką pielęgnację, która wyrządziła wiele szkód, ale racjonalne i świadome podejście do tematu pozwala mi wychodzić na prostą.

Podążając tym tropem odkrywam na swej drodze marki kosmetyczne, które mają zbawienny wpływ na moją cerę i na stałe lokuję je w swojej kosmetyczce. W ostatnim czasie moje serce podbiła marka Iossi.

Iossi

Kosmetyki Iossi charakteryzują wyselekcjonowane składniki najwyższej jakości. Są to naturalne i organiczne oleje i masła, olejki eteryczne i ekstrakty roślinne. Marka korzysta wyłącznie ze składników akceptowanych przez ECOCERT/COSMOS do stosowania w kosmetykach naturalnych i organicznych. 

Iossi Acerola – cytrusowa esencja z kwasami AHA, kwasem hialuronowym i niacynamidem

Ten kosmetyk ciekawił i kusił mnie od dawna. Instynkt podpowiadał mi, że to może być hit. Kiedy otrzymałam przesyłkę nie zwlekając zdjęłam korek i rozpyliłam go w kierunku twarzy. Zamiast zatopić się w rozkosznej chmurce zaczęłam machać rękoma by się jak najprędzej z niej wyrwać. Czasami zbyt duże wyobrażenia mogą wywołać rozczarowanie w starciu z rzeczywistością. Niestety zapach kosmetyku nie przypadł mi do gustu. Nie ukrywam, że ten aspekt u kosmetyków ma dla mnie duże znaczenie, a ja potrafię być wybredna. Jednakże dzięki temu, że Acerola ekspresowo się wchłania, mocno cytrusowy zapach szybko się ulatnia. Okazało się, że mimo nie wpisującego się w moje gusta aromatu można się do niego przyzwyczaić, a nawet go zaakceptować. Potrzebowaliśmy czasu, by się polubić.

Doceniłam ten kosmetyk. Super wydajność (200 ml), prostota użytkowania (butelka wyposażona jest w poręczny atomizer rozpylający ciecz) i skuteczność. Esencja dzięki “mądrym” składnikom jest bezpieczna i w sposób zgodny z naturą pielęgnuje skórę twarzy, szyi i dekoltu. Przede wszystkim odczuwalne jest nawilżenie oraz wygładzenie. Wspomaga gojenie się ranek potrądzikowych i przesuszeń. Zaleca się, by tonik przechowywać w lodówce, co nie tylko sprzyja dłuższej przydatności, ale również idealnie odświeża i pobudza.

Iossi: Nawilżająca pianka ryżowa do mycia twarzy

Nawilżająca, delikatna pianka do codziennego mycia twarzy, przeznaczona dla każdej cery to kosmetyk, którego od dawna szukałam. Mam słabość do kosmetyków w formie pianek. Uwielbiam muskanie wywołane tworzeniem się i pękaniem drobnych bąbelków. To jednocześnie przyjemne i zabawne. Jakby stado motylków przysiadło na twarzy i trzepotało skrzydełkami. W dodatku pianka Iossi pachnie NIEZIEMSKO! Ziołowy, bardzo przyjemny aromat przenosi mnie do czasów dzieciństwa. Kojarzy mi się z herbatą, którą miała w zwyczaju parzyć moja babcia. Każdego dnia jej zapach gościł w kuchni. Dziś przywołuję te miłe wspomnienia podczas mycia twarzy. Kto by pomyślał!?

Pianka jest bardzo wydajna, zamknięta w wygodnym pojemniku z dozownikiem. Koi, nawilża i odświeża twarz. Nie podrażnia, nie pozostawia zbędnych powłok na twarzy. Nie zapycha porów, delikatnie oczyszcza. Absolutny must have do łagodnej pielęgnacji. Stosowanie pianki Iossi stało się już moją rutyną, z której nie zamierzam rezygnować.

Zero waste {iossi}

Markę Iossi wyróżnia jeszcze jeden fakt. Prócz tego, iż oferuje kosmetyki wyprodukowane w zgodzie z naturą, stosuje także zasadę zero waste. Klienci po zużyciu kosmetyków mogą zwrócić puste opakowania do firmy, dzięki czemu zostaną wykorzystane ponownie. Będziemy ekologiczni i dodatkowo zyskamy serum do twarzy i torebeczkę nasion do wysiania jako podarunek przy kolejnym zamówieniu. Świetna inicjatywa!

Wena to wredna zołza. Pojawia się nagle, zazwyczaj w najmniej odpowiednim czasie. Nie sposób jej okiełznać. Mogę siedzieć z nosem utkwionym w klawiaturę, lub kartkę papieru i nie zapisać ani słowa bo zwyczajnie dopada mnie pustka, ale kiedy tylko prowadzę auto, tkwię w kolejce do kasy w supermarkecie, czy też stoję pod prysznicem, nagle w mojej głowie wręcz kotłuje się od pomysłów i słów, które chciałabym zapisać. I jej okropność polega na tym, że niezwykle prędko ulatuje. Nim dotrę do długopisu, czy też notatek w telefonie znów pamiętam marne strzępki, lub kompletne zero. Dlatego trzeba ją ujarzmiać. Czasem wystarczy udobruchać paskudę. Wyjść na spacer, wyciszyć się, lub… odprężyć się za pomocą magicznego napoju. Poniżej moje trzy niezawodne propozycje.

Goździkowe Love

Połączenie goździków z czerwoną herbatą to po prostu duet idealny. Uwielbiam ten głęboki aromat i nadzwyczajny smak, który na zawsze pozostaje w pamięci przywołując chwile spędzone przy tym jakże zacnym napoju. Wystarczy chwila z kubkiem bursztynowego eliksiru by ukoić zmysły i pobudzić swoją kreatywność do działania.

Jak ją wyczarować?

Parzymy liściastą herbatę z czerwonokrzewu afrykańskiego, zwaną także jako herbatę rooibos przez około 4-5 min w 90-95 stopniach Celsjusza. Następnie możemy poszaleć z dodatkami. Moja nieodparta słabość do goździków sprawia, że w zupełności wystarczają w podrasowaniu smaku herbaty, ale możecie użyć również soków owocowych, cytryny, imbiru, miodu, cynamonu, itd.

Kawokao

Kawokao to nic innego jak mieszanka kawy rozpuszczalnej i kakao. Kocham kawę, kocham kakao, a połączenie tych dwóch napojów tworzy coś na prawdę wyjątkowego. Niby nic nadzwyczajnego, a smakuje wybornie i daje niezłego kopa! Idealna miksturka na smutki, żale i oczywiście na przypływ weny. Chwila relaksu i pyszności z pewnością wywoła ożywienie twórcze.

Jak je wyczarować?

Parzymy łyżkę kakao z łyżeczką kawy rozpuszczalnej. Dodajemy mleko lub śmietankę. Wierch dekorujemy bitą śmietaną lub spienionym mlekiem. Dla pobudzenia fantazji możemy użyć kolorowych posypek, syropów, pianek marshmallow, wiórek czekoladowych. Możemy także doprawić napój odrobiną cynamonu.

Lodowe Latte

Lody to moja odwieczna słabość podobnie jak kawa latte. Częsta rutyna zaś doprowadza mnie do usypiania inwencji twórczej, jej wygasania. Dlatego swoją kreatywność przelewam na wszystkie możliwe czynności życiowe, nawet przy parzeniu napojów. Lody rozpuszczone w latte sprawiają, że kawa staje się aksamitna, nasycona smakiem zimnej przekąski. Swoje ulubione lodowe latte, często nazywam płynnym ptasim mleczkiem.

Jak je wyczarować?

Parzymy kawę rozpuszczalną, dodajemy do niej lody. Ilość dowolna, szalej! W wysokiej szklance spieniamy mleko. Następnie połączoną kawę z lodami wlewamy do mleka WAŻNE! po ściance szklanki, tak by płyn nie wpadał bezpośrednio na mleczną piankę. Dzięki temu osiągniemy piękne trzy warstwy 🙂

A jakie są Twoje ulubione ciepłe napoje?

Życzę smacznego i nieustającej weny!

Jestem romantyczną sentymentalistką. Kocham kolekcjonować w swojej rozmarzonej głowie wspomnienia, cudowne momenty, jakie miałam przyjemność przeżyć. Często też wiążę je z jakimiś drobiazgami. Lubię zbierać przedmioty, które przywołują dane epizody do skrzynki skarbów. Mam wrażenie, że dzięki nim wspomnienia stają się trwalsze, bardziej namacalne. I choć niejedne wspomnienia/drobiazgi bywają kruche i ulotne, istnieją sposoby na zatrzymanie ich w czasie.

Sierpień 2019. Spędzam niedzielny poranek na łące tuż obok jeziora. Podziwiam roziskrzoną słońcem kołyszącą się taflę wody. Wysoko nad moją głową, na tle puszystych chmur wirują ptaki szczycąc się swoją wolnością. Tuż nad ziemią wśród polnych kwiatów radośnie fruwają liczne motyle. Charakterystyczny zapach jeziora i świeżo skoszonej trawy koi moje zmysły i przenosi w czasy dzieciństwa. Napawam się tą chwilą, tym miejscem i ludźmi, z którymi ją dzielę. W oddali widzę biegnącą w moją stronę maleńką postać. Dwa czekoladowe kucyki podskakują z każdym stąpnięciem jej drobnych stópek. Błyszczące oczy o identycznym kolorze co jej włosy są moją dumą, są dokładnie takie, jak moje. Jej piękny uśmiech, zaraźliwy śmiech rozczula mnie do łez. Moja córeczka. Tuż za nią kroczy on. Najważniejszy mężczyzna w moim życiu. Facet, dzięki któremu uwierzyłam w miłość i dzięki któremu zrozumiałam, jak istotna jest w życiu rodzina. Mój ukochany mąż. Jestem taką szczęściarą, powtarzam w myślach.

“Mamo, maś!” – woła z dumą Majka wyciągając rączkę z maleńkim, ale jakże uroczym polnym bukiecikiem. Na widok upominku zapiera mi dech w piersiach. Moja półtoraroczna córeczka właśnie podarowała mi pierwszy bukiecik! Wzruszam się. Razem tatusiem zbierali kwiatki by mnie uszczęśliwić. Mała rzecz, ogrom szczęścia. Ta chwila na długo zapisze się w moich myślach, ale nie tylko. Zostanie ze mną już na zawsze dzięki Zuzi z Żywicowych Stworów.

Żywicowe Stwory

Jak widać na powyższym zdjęciu etap utrwalania wspomnienia był następujący: otrzymałam bukiecik, ususzyłam go, a Zuzia zatopiła go w żywicy tworząc wyjątkowy i niepowtarzalny naszyjnik. Czy to nie magiczne? Jestem zakochana w nim bez reszty. Biżuteria jest bardzo solidna i oryginalna. Autorka dostosowuje ją do klienta względem kształtu, koloru wypełnienia, obramowania i sznureczka lub łańcuszka. Możliwości zatem jest nieskończenie wiele. Ale to nie wszystko! Wśród Żywicowych Stworów możemy zaleźć też zakładki do książek! Tu nie chodzi o wychwalanie samej działalności, ale poważnie – te zakładki to istne dzieło sztuki, które szalenie ubóstwiam i ostrzegam twórczynię, zamierzam mieć ich co najmniej kilkadziesiąt! Pierwsza zakładka niestety uległa zniszczeniu w transporcie, ale co kurier połamie to Księżycova sklei.

Bloguję hobbystycznie już kilka lat i bardzo często zarówno w wiadomościach czy też podczas rozmów w cztery oczy dostaję wciąż jedno i to samo pytanie – jak założyć bloga, jak to ogarnąć? Dla wielu osób wydaje się być to sprawą niesamowicie skomplikowaną, ale w rzeczywistości to wcale nie takie trudne. Blogowanie to obszerny temat, nad którym można by się rozwodzić bez końca, lecz tym razem w kilku prostych punktach przedstawię na własnym przykładzie jak powstała moja internetowa przystań.

Po pierwsze – pomysł

Żaden blog nie bierze się z niczego. Trzeba mieć pomysł, chęć dzielenia się czymś z ludźmi, jakąkolwiek koncepcję. Marzysz o blogu kulinarnym, urodowym, a może chcesz tworzyć poradnik? Możliwości jest nieskoczenie wiele, a ograniczeń teoretycznie zero. Sama w swoim rejestrze myśli, internetowym pamiętniku prowadzę miszmasz tematyczny i ma się dobrze już cztery lata. Jeśli wiesz, że chcesz poprowadzić swoją stronę, czas działać i po prostu zostać blogerem.

Platforma

Platforma to rzecz, którą tak na prawdę powinno wybrać się na starcie. Wśród najpopularniejszych wyróżnia się Wix, WordPress i Blogger (blogspot). Korzystałam trzy lata z Bloggera, ale wraz z wykupieniem domeny przeniosłam się na WordPress i nie da się ukryć, że różnice są ogromne. O wiele wygodniej pracuje mi się na obecnej platformie, jest tutaj dużo więcej motywów, funkcji i możliwości.

Nazwa bloga i zakup domeny

Jak już coś tworzyć, to wypadałoby robić to porządnie. Działałam przez długi czas na darmowych platformach, ale przyznam, że dopiero strona na własnej domenie dała mi totalną swobodę, więcej możliwości i pełną satysfakcję. Warto zatem zainwestować i tworzyć bloga niezależnego (zwłaszcza, że blogi na własnej domenie są bardziej chwytliwe i zwykle lepiej zarabiają).

Nazwa bloga to na pozór prościzna, ale nie do końca. Tutaj znów słaby ze mnie przykład, bo powinno się unikać nazw z polskimi znakami, ale cóż poradzę, że lubię iść pod wiatr 🙂 Jeśli już wiesz jak ma nazywać się Twój blog, czas na wykupienie domeny. Tylko spokojnie, nie panikuj. Już tłumaczę co to takiego. Domena to nic innego jak adres internetowy, pod którym będzie istnieć Twoja strona. Z polecenia znajomej blogerki skorzystałam z usług OVH, gdzie można wykupić domenę nawet za niecałe 10 zł (opłata roczna).

Hosting

Wiem, że podobnie jak domena tak i hosting wywołują u przyszłych blogerów przerażenie i dezorientację, ale niepotrzebnie. Sama bałam się tych pojęć przez co odkładałam ich wykupienie. Prędko zrozumiałam, że to był błąd. Pojęcie hostingu w najprostszej wersji przedstawia Poradnik Przedsiębiorcy (poradikprzedsiebiorcy.pl):

Wszystkie strony internetowe działają ciągle, od rana do wieczora. Jeśli serwis www zostanie umieszczony na twoim komputerze domowym czy firmowym, gdyby został wyłączony na noc, nikt nie mógłby takiej strony zobaczyć. Dlatego właśnie wynajmuje się miejsce na komputerach, które pracują przez całą dobę, i tam umieszcza stronę internetową. Wówczas niezależnie od pory dnia czy nocy każdy może ją odwiedzić, przeglądać i swobodnie z niej korzystać. Taki komputer to serwer, a usługę, polegająca na udostępnianiu na nim miejsca i zasobów, określa się właśnie mianem hostingu.

Zobacz więcej: https://poradnikprzedsiebiorcy.pl/-co-to-jest-hosting-i-jak-wybrac-wlasciwy

Tutaj również sugerując się radami zaprzyjaźnionych blogerek i opinii w sieci skorzystałam z usług firmy Brandprime. Od trzech lat strona działa bez przerwy, a cena usługi jest bardzo korzystna.

Wsparcie techniczne

Dla nowicjuszy i osób, których rozwinięta technologia przeraża, istnieje wybawienie – wsparcie techniczne. Korzystam z tego ułatwienia i uważam go za absolutny must have dla blogerów nieszczególnie zdolnych czy też nie lubiących się w sprawach czysto technicznych. Dzięki tej opcji nie trzeba grzebać w ustawieniach ryzykując, że coś popsujemy. Obsługa niemal o każdej porze dnia i nocy jest gotowa do realizacji naszych poleceń. Bezpiecznie, łatwo i profesjonalnie. Korzystam z tego wsparcia również od agencji Brandprime.

Determinacja, wena, cel

I na koniec najprostsza sprawa. Masz bloga, masz pomysł. Ostatnim krokiem jest pielęgnacja weny, pobudzanie kreatywności i działanie. Twórz, pisz i nie poddawaj się. Życzę Ci, by blogowanie przysporzyło Ci tyle samo frajdy co mnie. Powodzenia!


BrandPrime

BrandPrime to agencja interaktywna zajmująca się m.in. wsparciem i rozwojem stron internetowych, mediów społecznościowych, pozycjonowaniem i optymalizacją stron poprzez SEO i SEM, copywrithingiem, projektowaniem logo, itd. Współpracuję z tą agencją od kilku lat i śmiało powiem, że dzięki Brandprime wiem, że mój blog jest bezpieczny, że zawsze mogę liczyć na pomoc techniczną z ich strony, a nawet o porady w kwestii ulepszenia bloga. Warto jest zapoznać się z ich ofertą jeśli planujesz zostać blogerem, lub potrzebujesz np. firmowej strony internetowej.

Historia czterech kropek to nic innego jak historia zawarcia paktu przez cztery wiedźmy.

Przyjaźń w czasach nastoletnich stała się dla mnie wytworem wyobraźni, abstrakcją, pretekstem wymyślonym przez toksycznych ludzi, by móc więcej oczekiwać od innych, by uzależniać ich od siebie. Wierzyłam w miłość, ale poprzez zawody, jakie niegdyś wyrządzili mi ludzie uważający się za moich przyjaciół uznałam, że przyjaźń nie ma w moim świecie racji bytu. Myliłam się.

Od zawsze kreując wizję przyjaciółki sądziłam, że to nikt inny jak bratnia dusza, ktoś totalnie podobny do mnie, równie dziwny, równie mroczny, równie wyobcowany jak ja i kto nareszcie załapie moje pokraczne, nieco czarne poczucie humoru. Sporo lat mi zajęło dojście do tego, iż moje domysły są guzik warte.

Odzyskanie wiary w przyjaźń zawdzięczam Majce. Będąc w ciąży i “cierpiąc” na nadmiar wolnego czasu dałam się wplątać w facebook’owe mamusiowe grupy. Chcąc uczyć się macierzyństwa zaczęłam nawiązywać kontakty z doświadczonymi w tych sprawach kobietami. Wiecie co się dzieje na grupach, gdzie siedzi kilka-kilkadziesiąt tysięcy babek kipiących hormonami? Chaos. Z początku było zabawnie. Przesiedziałam kilka dni z popcornem u boku czytając matczyne gównoburze, gdzie członkinie jak niepoważne bluzgały w komentarzach bijąc się o miano matki idealnej. Jednak wszystko ma swoje granice. Gdy poziom kultury zaczął sięgać dna, postanowiłam zawęzić grono “znawczyń”. Wrzuciłam ogłoszenie i otworzyłam prywatą konferencję. Było tłoczno, ponad trzydziestka ciężarnych, ale całkiem szybko różnice poglądowe wywołały czystki. Minęło ponad 2,5 roku, a ja nadal utrzymuję kontakt z trzema mamusiami. Pozostały najsilniejsze, najbardziej zwariowane i… tak bardzo odmienne.

▪ ◾ ▪▪

Matka trójki dzieci, piękna i szczupła, że aż zazdrość mnie boli! Słowiańska dusza, kochająca naturę, leśny dziad. Kreatywna, uzdolniona, zakochana w książkach, głównie kryminałach. Bezgranicznie kochająca, niezniszczalna, wychillowana. Bardzo rodzinna, mająca obsesję na punkcie pielęgnacji włosów, lubiąca tworzyć domowe kosmetyki, wymyślać kreatywne zabawy z dziećmi, skłonna do szaleństw.

◾ ▪▪▪

Piękna, niezwykle kreatywna mama dwójki chłopców, mieszczuch, uzależniona od podróżowania, makaronowych potraw, słodkości, MC Donalda, zakupów i… narzekania. Niespełniona, kapryśna i humorzasta, choć na pozór wydaje się być wesoła, skromna, poukładana i opanowana. Cicha woda brzegi rwie. Pięknie szyje, ma skłonności pedantyczne i manię zbieractwa. Chodząca bomba sprzeczności. Zawsze absolutnie szczera.

▪▪▪ ◾

Roztrzepaniec nie z tej ziemi. Matka czwórki dzieci, potrafi robić pierdyliard rzeczy na raz i zawsze znajdzie dla mnie czas. Szalona do granic możliwości, rodzinna, niepotrzebnie przejmująca się opinią innych, waleczna, cebulomaniaczka, skrywająca swoje prawdziwe piękno. Bardzo bardzo silna osobowość. Altruistka lubiąca wyzwania, pracę w ogrodzie. Towarzyska, bezpośrednia. Zawsze zaradna, wychodzi cało z każdej opresji, wielozadaniowa, ambitna i… szybko się złości.

Na początku prowadziłyśmy niezobowiązujące babskie pogaduszki na temat ciąży i macierzyństwa. Z czasem zaczęłyśmy poznawać się coraz bardziej. Wprowadzałyśmy siebie do swoich codzienności. Zaczęłyśmy dzielić się swoimi problemami, razem przechodziłyśmy przez kryzysowe sytuacje. Dziś moje sprzymierzone wiedźmy wiedzą o mnie więcej iż mama, mąż, a nawet ja sama. Często mnie irytują, często mam ochotę zrobić im krzywdę, ale pomimo wielu sprzecznych idei są. Zawsze są. Na dobre i na złe. Mam absolutną pewność, że zawsze znajdą dla mnie czas, wesprą nawet w tych najbardziej niedorzecznych pomysłach. Są niezawodne i niejednokrotnie udowodniłyśmy, że potrafimy przetrwać kryzysy i dzielące nas kilometry.

Połączyły nas listopadowo-grudniowe krasnalki z rocznika 2017. Dzięki temu Majka posiada cudownych rówieśników, a ja odzyskaną wiarę w ludzi i 3 wspaniałe przyjaciółki.

Ty siostrę masz we mnie aż po kres. Wśród krętych dróg nie zgubimy się. Bądź pewna, że nie zawiodę cię.

Książki mają wpływ na życie czytelnika. Niektóre oddziałują na poglądy, zmieniają tok myślenia w wielu kwestiach. Inne sprawiają, że dostrzegamy to, co wcześniej zdawało się być niezauważalne. Są też i takie, które pomagają nam uporać się z przeszłością z najrozmaitszymi rozterkami lub te, które wspomagają kreowanie nowych marzeń i celów na przyszłość. Wśród tomiszczy można także spotkać dawkę motywacji, siły do działania. Skupmy się na tych ostatnich.

Wszystko zaczyna się w głowie, a kończy gdy nie działasz

Karolina Cwalina-Stępniak to założycielka firmy szkoleniowo – coachingowej, autorka programu dla kobiet „Sexy zaczyna się w głowie”, oferujący szeroki program warsztatowo – szkoleniowy. Specjalista z zakresu rozwoju osobistego, autorka poradników.

Przyznam się bez owijania w bawełnę, że jestem ogromnie wybredna i wymagająca względem jakichkolwiek poradników. Ciężko mi uwierzyć w ich działanie, zwykle mam wrażenie, że są one pisane nie dla samego pomagania, a dla reklamy autorów, ale do rzeczy.

Książka zaliczona została do poradników, ale autorka już na pierwszych stronach zaznacza, że jej książki w żadnym wypadku nie są poradnikami, ani książkami motywacyjnymi. Są jedynie jej „prawdziwą, autentyczną, pełną łez i porażek” historią. Ma to w sobie sporo sprzeczności, ale nie będę nad tym polemizować. Treść kierowana jest do przedstawicielek płci piękej. Szata graficzna jest bardzo delikatna, kobieca. Lektura bogata jest również w przyjemne dla oka, bardzo gustowne zdjęcia autorki.

Książka prócz przedstawienia historii osiągnięcia sukcesów angażuje czytelnika do działania poprzez ćwiczenia do wykonania. Język jest prosty, zrozumiały. Wszystko tak na prawdę wygląda pięknie, nie mam wątpliwości, że autorka jest perfekcjonistką, ale niestety nie mam przekonania co do jej książki. W zasadzie nie dowiedziałam się niczego nowego na temat samego tytułowego działania. Autorka twierdzi, że to nie poradnik, że nie radzi. Rozumiem więc, że to książka która ma służyć za inspirację. Jako coach powinna ludzi dopingować, motywować, a czytając “Wszystko kończy się w głowie, a kończy gdy nie działasz” odnoszę wrażenie, że wyciągam jeden wiosek od autorki polegający na zasadzie: “bądź jak ja, będziesz kobietą sukcesu”. Cóż, to tylko moje osobiste odczucia, więc nie bierz tego do siebie. Nie odradzam, nie polecam.

Smart Sexy – Kaledarz 2020

Tutaj zaś nie mam wątpliwości – to najlepszy planer jaki w życiu miałam. Nareszcie kalendarz w pełni zgodny z moimi wszelkimi wymaganiami. Ładny, lekki, prosty. Minimalizm to podstawa! Nie ma w nim zbędnych tabelek typu “lista zakupów”, “lista obiadów”, czy wyszczególnione godziny na każdy dzień. Nie lubię przesadnego planowania. Szkoda mi cennego czasu na paranoiczne opisywanie każdej minuty życia.

Kalendarz rozpoczyna się listą celów do realizacji na bieżący rok – super sprawa! Każdy tydzień posiada stronę wolną na notatki. Pełna swoboda! Zawiera ciekawe i co ważniejsze nienachalne inspirujące cytaty, przemyślenia, porady i wskazówki na każdy miesiąc. Planer oprawiony jest w twardą, różową okładkę – elegancja. Format zeszytowy sprawia, że bez problemu mieści się do torebki. Jego cena nie przekracza czterdziestu złotych. Czego chcieć więcej? Polecam, polecam, polecam!