Category

LIFESTYLE

Category

Podstawowym atutem kobiety są włosy. Nie od dziś wiadomo, że zadbana, lśniąca fryzura ma ogromny wpływ na naszą atrakcyjność. Chcąc zatem być nie tylko mamą, ale ładną mamą rozpoczęłam walkę o zdrowe, piękne włosy. Zaczęłam od podstaw, czyli poszukiwań idealnego szamponu. Dzięki kampanii pod nazwą Akademia Zdrowych Włosów, miałam okazję wypróbować dwie nowości marki Catzy: Healing Herbal Shampoo (ziołowy szampon przeciwłupieżowy z pirytonianem cynku 1% do włosów silnie przetłuszczających się) oraz Healing Shampoo (przeciwłupieżowy szampon do włosów).

Obydwa kosmetyki mają działanie przeciwłupieżowe i w tej kwestii nie mam żadnych zastrzeżeń. Zarówno zielona jak i czerwona wersja szamponu świetnie radzi sobie z bardzo delikatnym łupieżem (tylko taki czasem u mnie występuje). Każdy z nich ma bardzo gęstą konsystencję co uważam za plus, bo szampony zbyt płynne lubią mi – niezdarze, uciekać z dłoni nim trafią na głowę lub co gorsza spłynąć do oczu. Łatwo niewielką ich ilość rozprowadzić na całą długość włosów. Bardzo szybko i intensywnie się pienią skutecznie myjąc włosy oraz całą skórę głowy.

Zapach, konsystencja jak i skuteczność obydwu szamponów są podobne do innych kosmetyków przeciwłupieżowych, których dotychczas używałam. Jest jednak jedna różnica. Nie matowią i nie wysuszają włosów. Podczas ich użytkowania moje włosy były lśniące, gładkie i całkiem nieźle współpracowały podczas stylizacji. Szampony niewiele się od siebie różnią. Poza składem i kolorem opakowań nie zauważyłam żadnych różnic. Obydwa produkty sprostały moim oczekiwaniom. Mam jedno zastrzeżenie co do opakowań. Lubię, gdy szampony wyposażone są w pojemniki z pompką, co jest znacznie wygodniejsze w użytkowaniu. Z przyjemnością będę wracać do przedstawionych produktów. Szampony dostępne są w aptekach, a ich cena to niecałe 15 złotych.


Znalezione obrazy dla zapytania catzy logo

Organizacja czasu to sztuka, nad którą wciąż bardzo ciężko mi zapanować. Niezwykle często gubię ważne zapiski, zapominam o istotnych datach i ogólnie jestem gapciem. Nie żebym specjalnie to robiła. To cecha wrodzona. Wszelkie plannery, kalendarze ścienne sprawdzały się tylko częściowo, bo i te potrafiłam zapodziać. I gdy byłam już bliska załamania nad uciekającym mi czasem niespodziewanie na pomoc przybyło mi… Familiowo.

Miesiąc naszej rodziny

Miesiąc naszej rodziny, to nazwa planera na lodówkę. Jest to magnetyczna, łatwo zmywalna formatka miesiąca, która pozwala nam na swobodne planowanie każdego dnia danego miesiąca. Planer zawiera także gratisy, takie jak: marker do tablic suchościeralnych w klasycznym czarnym kolorze, samoprzylepny uchwyt na pisak oraz magnesy tematyczne. Wymiary tablicy to około 41×52 centymetry.

Użytkowanie tablicy jest banalnie proste, w prosty i przyjemny sposób organizuje nasz czas. Dzięki temu, że jest suchościeralna w każdej chwili możemy dokonywać zmian. Jakość wykonania jest na najwyższym poziomie.

Niestety małe magnesiki niezbyt dobrze trzymają się na tablicy. Nie wiem, czy winą jest zbyt cienka warstwa magnezu, czy też moja lodówka nie jest im przyjazna. Tak czy siak, coś jest na rzeczy 🙂 Byłabym również uradowana, gdyby był większy wybór grafik i kolorów tablic. Szarość niezupełnie mnie satysfakcjonuje 😀

Mimo powyższych uwag z czystym sumieniem mogę polecić planner Familiowo każdej rodzinie, zabieganej mamie, uczniom, studentom, w zasadzie wszystkim ludziom, którzy potrzebują i lubią planować swój czas. Wygodna, trwała, łatwa w użytkowaniu, wysokiej jakości – czego chcieć więcej?

Jeśli widzieliście ostatni post kulinarny z przepisem na kurczaka po kenijsku pewnie wiecie, że jestem fanką masła orzechowego. Jeśli nie wiecie, to… Kocham masło orzechowe! Zajadam się nim w każdej postaci: na kanapce, łyżeczką, w ciastach, w obiedzie… Dziś wpadłam na pomysł, by przygotować ciasteczka na jego bazie. To była totalna improwizacja, ale nie będę owijać w bawełnę i powiem tylko, że wyszły przepyszne! Zostawiam zatem przepis 🙂

Składniki:

  • 1 jajko
  • 4 czubate łyżki masła orzechowego Primavika
  • 30 g cukru wanilinowego
  • 1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
  • pół łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/3 łyżeczki soli
  • 2 łyżki mąki

Składniki najzwyczajniej w świecie wrzucamy do miski, ugniatamy ręcznie by dokładnie połączyć masę. Następnie formujemy małe kuleczki, kładziemy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i lekko ugniatamy widelcem, by nabrały kształtu typowo ciasteczkowego. Do ciasteczek można dodać kawałki orzechów, czekolady, żurawiny i co tylko dusza zapragnie 🙂 Pieczemy około 15 minut w temperaturze 175 stopni. WAŻNE: ciasteczka po upieczeniu mają mokry, miękki środek – tak ma być! Dopiero po całkowitym wystudzeniu robią się w pełni kruche. Ważne jest też dobrej jakości masło orzechowe. Mnie nigdy nie zawiodły produkty Primavika. Smacznego!

Macierzyństwo jest cudowne. Nigdy nie miałam co do tego najmniejszych wątpliwości. To najlepsze co mnie w życiu spotkało. Jestem szczęśliwa, jestem spełniona ale i… jestem zmęczona. Tak, zmęczona.

Długo nie umiałam przyznać się do tego, że mam kryzys. Nawet nie jestem w stanie określić dlaczego to ukrywałam. Może duma, może strach przed niesłusznymi osądami ludzi wokół, a może też przed samą sobą, że nie nadaję się do nowej roli, której przecież tak bardzo pragnęłam. Jakkolwiek myślałam, było to głupie. Dziś wiem, że każda matka ma prawo mieć chwilowe załamanie.

Byle do roczku, byle do roczku… Jak już dziecko skończy roczek to będzie z górki, zobaczysz” – zapewniały mnie matki, a ja głupia i niedoświadczona dałam się nabrać. Ząbkowanie, krzyk za każdym razem gdy znikam Majce z pola widzenia, awanturki i wieczne wołanie o cycka osiągnęło level hard. Po roczku zaczęła się ostra jazda bez trzymanki… Majka stała się na tyle rozumną istotką, że doskonale radziła sobie z wykorzystywaniem mnie i testowaniem mojej cierpliwości. Musiałam chodzić z nią za rękę krok w krok. Gdy odmawiałam jej czegoś wpadała w ogromną histerię, która ta zawsze kończyła się na karmieniu, bo tylko pierś była w stanie uspokoić jej nerwuski. Nocki pełne pobudek, zmęczenie fizyczne i psychiczne, obolałe i pogryzione piersi, bóle stawów… Tak oto wpadłam w swój pierwszy matczyny kryzys. Początkowo ukrywałam się z tym, że w głębi siebie krzyczę z rozpaczy. Mimo, że robiłam wszystko co w mojej mocy by zaspokoić Majki potrzeby nadal dręczyło mnie poczucie bezradności. Jednak pewnego dnia pękłam. Schowałam honor w kieszeń i jawnie zaczęłam mówić o zmęczeniu. Poprosiłam bliskich o pomoc. Ku mojemu zaskoczeniu nikt mnie nie oceniał. Pomoc przybyła od razu, a ja nareszcie miałam chwilę dla siebie. Wdech i wydech. Wypiłam nareszcie! ciepłą kawę, wzięłam długą! gorącą kąpiel, nałożyłam maseczkę, włączyłam ulubioną muzykę. Tego właśnie było mi trzeba. Wyłączyć choć na moment funkcję “matka” i zrobić coś dla siebie.

Kryzys ten dał mi wiele do zrozumienia. Matka idealna nie istnieje. Mimo wszelakich supermocy, jakie nadaje macierzyństwo wciąż jestem człowiekiem, który potrzebuje czasem zregenerować siły. Wciąż mam prawo mieć gorsze dni, płakać i okazywać swe słabości. A z dzieckiem jest jak z pogodą. Po burzy zawsze wychodzi słońce. Prędzej czy później schowa rogi i znów będzie słodkim aniołkiem 🙂


W ostatnich kilku dniach humor poprawiła mi iście wiosenna pogoda za oknem jak i nowe ciuszki od Moocha.pl Świetnej jakości białe body z napisem: “Łobuziara” są strzałem w dziesiątkę dla mej pszczółki. Dobrej jakości i miły dla delikatnej skóry materiał bardzo dobrze układa się na małym ciałku. Wyrazisty napis, na śnieżnobiałym tle, który nie oszukujmy się – idealnie pasuje do mojej córeczki, jest trwały i czytelny. Drugim ubrankiem jest czarny t-shirt z napisem: “Czarny się nie brudzi, mama nie marudzi”. Lubię czerń, a Maja jak dotąd nie miała ubranek w tym kolorze. To był błąd! Ciemny materiał cudnie podkreśla jej ciemną karnację i oczka. Ubranka można śmiało prać nawet w wysokich temperaturach (nie patyczkowałam się, zrobiłam brutalny test na 90 stopniach :D), prasować, nosić, brudzić i od nowa! Polecam!

Po długiej przerwie wracam znów do kucharzenia. Wbrew moim obawom nareszcie nauczyłam się radować eksperymentowaniem w garnkach. Co więcej – mam wsparcie u jakże dzielnego i kochającego męża, który chętnie sprząta bałagan, jaki zastaje w kuchni po moich kuchennych rewolucjach (a wierzcie mi, że bałaganiara ze mnie nie mała) 😀

Dzięki marce Primavika, która zaopatrzyła mnie w zestaw maseł orzechowych i sezamowych mam okazję nieco z nimi poszaleć. Zuzia, niezawodna przyjaciółka, zainspirowała mnie kurczakiem po kenijsku, który często gotuje dla swojej rodzinki. Nie mogłam się oprzeć. Od razu zapragnęłam spróbować kuchni afrykańskiej!

Danie jest tanie, niesamowicie proste i szybkie w wykonaniu. Idealnie sprawdzi się na obiad jak również jako danie główne na walentynkową kolację 🙂

Kurczak po kenijsku

Składniki:

  • 2 filety z piersi kurczaka
  • 3 łyżki masła orzechowego Primavika 100%
  • puszka krojonych pomidorów
  • 3 łyżeczki koncentratu pomidorowego
  • 4 łyżki ketchupu pikantnego
  • 1 cebula czerwona
  • 4 ząbki czosnku
  • papryka słodka, chili
  • curry
  • sól, pieprz
  • olej do smażenia

Przygotowanie:

Cebulę wraz z czosnkiem pokroiłam w drobną kostkę, podsmażyłam na odrobinie oleju. Następnie dodałam kawałki kurczaka. Doprawiłam solą, pieprzem, curry, papryką słodką oraz pieprzem. Usmażone mięso zalałam pomidorami z puszki. W ostatnim kroku dodałam koncentrat pomidorowy, ketchup i na koniec masło orzechowe. Całość gotowałam pod przykeyciem na wolnym ogniu przez około 10 minut. Kurczaka podałam z brązowym ryżem. Misja zakończyła się pomyś… przepysznie!

Smacznego!

Rzadko, aczkolwiek kilka razy w życiu zdarzyło mi się spotkać z ludźmi, którzy niespodziewanie wprowadzili światło do mojej codzienności. Czasem były to zwyczajne kilkuminutowe luźne gadki podczas spaceru, czy nawet oczekując w kolejce w supermarkecie, które mimo swej prostoty były wyjątkowe i na długo zapadały mi w pamięć.

Latem, łapiąc z Majką promienie słońca na jednej z ławek na chełmińskim rynku miałam przyjemność porozmawiać z pewną kobietą. Była w średnim wieku i gołym okiem widać było, że czasu wolnego ma aż nadto. Rozpoczynając od błahego pytania o godzinę (choć w zasięgu wzroku był wielki zegar na ratuszu), wdałyśmy się w niesamowicie ciekawą dyskusję. Na pozór zwyczajna rozmowa sprowadziła nas na temat szczęścia. Rozmawiałyśmy o tym, jak istotne jest poszukiwanie radości w życiu. Mimo wielu różnic poglądowych obydwie byłyśmy zgodne co do tego, że należy doceniać i cieszyć się z małych rzeczy. Bardzo mile wspominam tą kobietę. Mam nadzieję, że jeszcze będziemy miały okazję zamienić ze sobą kilka słów.

Dziś miałam przyjemność porozmawiać z równie interesującą osobą – Izą. Izę poznałam 11 marca 2017 roku podczas III edycji Blogilly. Dziś, spotkałyśmy się w nieco innych okolicznościach, a tematem rozmów było nie tyle blogowanie co macierzyństwo. Choć teoretycznie znamy się od dwóch lat, tak dopiero dziś miałyśmy okazję porozmawiać w cztery oczy i… okazało się, że mamy ze sobą bardzo wiele wspólnego. Nie spodziewałam się, że może być tego aż tyle! Mam nieco specyficzne podejście do życia i zwykle ludzie dziwią się na to, co opowiadam o sobie i o tym, jak żyję. Przyzwyczaiłam się do tego, że często reagują zdziwieniem, zniesmaczeniem i przerażeniem na to, co opowiadam ;D Iza zaś zwykle przytakiwała, że u niej sytuacja wygląda identycznie. Czyżbym odnalazła bratnią duszę? Obydwie zastanawiałyśmy się jak to możliwe, że wcześniej tego nie odkryłyśmy. Nareszcie spotkałam na swej drodze kogoś, kto w ma takie samo spojrzenie na świat panujący w social mediach i podobnie jak ja uznaje rzadko spotykany dziś minimalizm. Wyrwałam się na chwilę z domu, spędziłam bardzo miło czas i poznałam nieco lepiej Izę, która jest wspaniałą kobietą 🙂 Dziękuję.

Właśnie dzięki takim spotkaniom i takim ludziom polubiłam wychodzenie naprzeciw światu. Tego typu rozmowy mnie uskrzydlają, przywracają wiarę w ludzkość do tego stopnia, iż jestem w stanie powiedzieć, że… lubię ludzi.