Jestem cholernie dumna ze swojego instynktu, który ostatnio mnie nie zawodzi. Książki, które w tym roku przygarniam do swojej domowej biblioteczki wybieram pod wpływem impulsu, bardzo spontanicznie i bez głębszego namysłu. Przyznam nawet, że rzadko kiedy zagłębiam się w opisy na tylnej okładce. Nie lubię przedwcześnie znać tajemnicy, jaką skrywają pachnące świeżym drukiem strony. Czasem wystarczy mi intrygująca okładka, zastanawiający tytuł, by dać się opętać lekturze. Często płacę tego konsekwencje. Nie tyle ból sprawia stracona gotówka, jaką wydałam na książkę, co zawód i rozczarowanie. Sally Rooney nie musiała mnie długo zachęcać do “Normalnych ludzi“. Ta książka po prostu mnie kusiła, mówiła do mnie! Nie oczekiwałam, że okaże się wybitnym arcydziełem, że jej akcja wywoła we mnie emocjonalną burzę, a mimo to…

Żart autorki, skleroza, a może wyzwanie?

Już na pierwszych stronach byłam zdegustowana. Z grymasem wyrażającym “WHAT?!” zastanawiałam się, czy Rooney stawia nowe wyzwanie dla czytelników, czy też zapomniała o tak istotnej rzeczy. Mowa o “-“. Brak pauz dialogowych to dla mnie absolutna nowość. Niby dziwne, irytujące, ale i fascynujące. Było nieco trudniej, ale ciekawiej. Dzięki temu zabiegowi czytelnik musi skupiać się na treści i jej pilnować by odróżniać opisy od wypowiedzi bohaterów.

Oczekiwania wobec “Normalnych ludzi”

Z początku przewidywałam trzy możliwości na książkę Sally Rooney. Jednak żadna z nich się nie sprawdziła. Najpierw z nadzieją pomyślałam, że może to być współczesna wersja Romea i Julii. Jednak prędko zorientowałam się, że to zupełnie inna forma miłości. Kolejną myślą było, że prędzej czy później nastąpi przełomowy moment, bohaterowie odnajdą się w świecie, w swoich uczuciach i historia zakończy się happyendem jak w typowych harlequinach. I ostatnia wersja: sądziłam, że każdy z nich otrzyma ostrą nauczkę od życia, stracą miłość swego życia przez złe wybory… Nic z tego.

Poniekąd rozumiałam bohaterów, a nawet się z nimi utożsamiałam

Uważam, że to książka, którą się albo kocha, albo nienawidzi. Albo się ją rozumie, albo nie. Albo akceptujemy bohaterów, albo mamy ich serdecznie dość już po pierwszym źle dokonanym wyborze. Przyznaję, że “Normalni ludzie” to książka w moim guście. Ciężka, gęsta, wręcz duszna atmosfera jaka panuje od pierwszej, aż po ostatnią stronę zwyczajnie mi odpowiadała. Mimo, że Connell i Marianne są ludźmi niesamowicie skomplikowanymi, okaleczonymi na duszy polubiłam ich. Na własne życzenie więzili się w swej pokracznej rzeczywistości. W rzeczywistości bez miłości. Poniekąd rozumiałam ich działania, współczułam im i życzyłam im szczęścia.

Pamiętam doskonale siebie z czasów nastoletnich, kiedy wręcz chorobliwie analizowałam nie tylko mowę, ale czyny i gesty ludzi dla mnie bliskich i każdą poszczególną cząsteczkę samej siebie. Doszukiwałam się w samej sobie defektów, które mogłabym obwiniać za wszelkie spotykające mnie w życiu niepowodzenia. W pewnym momencie życia celowo pracowałam na to, by być skarconą. Robiłam wszystko wbrew wewnętrznej potrzebie szczęścia, bo smutek czy ból był mi zwyczajnie bliższy, łatwiej a może i intensywniej przyswajalny. Na szczęście w moim przypadku miłość uleczyła moją duszę i wyzdrowiałam, znormalniałam nim było za późno.

Nie uważam książki za dramatyczną

Miłość Marianne i Connella nie jest według mnie dramatyczna. Żyli według swoich pragnień, według swoich poglądów. Tak na prawdę oni sami nie byli w stanie określić jaką formę relacji pragną ze sobą nawiązać. Teoretycznie byli seks-przyjaciółmi, ale wszyscy (chyba poza nimi samymi) wiedzieli, że to coś znacznie poważniejszego. Byli smutni i świadomie dbali o to, by smutku nie zabrakło w ich egzystencji. “Normalni ludzie” to książka o parze, która mimo osiągnięcia dorosłości, nie dojrzała emocjonalnie.

Mimo tego, że akcja książki nie była szczególnie porywająca to nie potrafiłam się od niej oderwać. Kiedy dotarłam do ostatniej strony było mi przykro, że już żegnam się z tą jakże ciekawą dwójką młodych ludzi. Książka z pewnością trafi na moją VIP-owską półkę w domowej biblioteczce i z przyjemnością przeczytam ją ponownie za jakiś czas. Polecam.

1 Comment

  1. O tej książce czytałam już kilka mniej lub bardziej pochlebnych wpisów. Jedno wiem na pewno – nie jest zwyczajna, a to w tych czasach cenne. Teraz tylko nie wiem, czy nie zdradziłaś mi za dużo…

Zostaw komentarz