Tag

recenzja

Browsing

Pięć zauroczeń” A. Acimana umiliło mi ostatni weekend. Początkowo sądziłam, że mam do czynienia z typowym romansidłem, przepełnioną miłosnymi zawirowaniami sielanką, ale nic z tych rzeczy. Książka opowiada o miłości, niekoniecznie pięknej, czystej, prostej. Nie ma tam też miłości wybitnie tragicznej. Są jednak niesamowicie intrygujące porywy serca, różnorodność płci, uczuć i relacji. Czy to czyni ową książkę dobrą, wartą przeczytania?

pięć zauroczeń

Książka wydana została 20 maja 2020 roku przez wydawnictwo W.A.B. Liczy 336 stron. Jest powieścią autora bestsellerowych “Tamtych dni, tamtych nocy” i “Ośmiu białych nocy“.

Andre Aciman

Urodził się w rodzinie sefardyjskich Żydów i dorastał w kosmopolitycznym środowisku wielojęzycznej Aleksandrii. Jest powieściopisarzem, eseistą i literaturoznawcą znanym przede wszystkim ze swoich prac na temat Prousta. Publikuje w “The New Yorker”, “The New York Review of Books”, “The New York Times”. Jego teksty ukazały się także w kilku antologiach najlepszej eseistyki amerykańskiej. Aciman jest autorem wielokrotnie nagradzanej książki wspomnieniowej “Wyjście z Egiptu”, w której przywołuje okres dzieciństwa i dorastania jako zasymilowanego Żyda w Egipcie lat 50. i 60.

Kontrowersyjna, szokująca i… piękna

Aciman ma bardzo ciekawy sposób dobierania słów. Wyjątkowa narracja; subtelne, szczegółowe opisy, które nadają wspaniały klimat treści oraz bogaty język sugeruje, że mamy do czynienia z dobrym pisarzem. Ze szczególnym naciskiem na “dobrym”. Pamiętnik miłosny, (bo i tak można nazwać “Pięć zauroczeń”), zaskakuje, szokuje, wzrusza i skłania do refleksji. Opisywane tam miłości mimo, iż niestandardowe, pełne pikantnych szczegółów, wręcz drastycznych, są na swój sposób piękne.

Wyobrażenia vs rzeczywistość

Paul regularnie daje się ponieść wyobraźni i nieustannie kreuje wizje, odgrywa sceny z osobami, które w danym momencie wielbi. Trzeba mieć się na baczności, uważnie śledzić tekst, by oddzielać jego wizje kreowane bezgraniczną miłością od sytuacji, które faktycznie spotkały bohatera.

Pięć zauroczeń – pięć osób

Książka zgodnie ze swoim tytułem opowiada o pięciu miłościach Paula. Autor podzielił zatem treść na pięć rozdziałów: Pierwsza miłość, Wiosenna gorączka, Manfred, Miłość gwiezdna oraz Abingdon Square. Główny bohater jest bardzo wrażliwy, jego serce jest porywcze i wybiera osoby zupełnie przypadkowo. Pierwsza miłość mężczyzny dotyczyła stolarza Nanniego, który odnawiał meble jego rodzicom. Historia ta szokowała, była bardzo kontrowersyjna i doprowadzała mnie niekiedy do… zakłopotania. Dwunastoletni Paul obrał sobie za cel dorosłego mężczyznę. Kolejną miłością, (choć nie uważam, że ta relacja faktycznie opierała się na miłości) była Maud. Następnie strzała amora trafia w Manfreda – tenisistę. Wraz z Chloe zrodził tzw. miłość gwiezdną, aż trafił na Heidi. Najzabawniejsze jest jednak to, iż na końcu książki dowiadujemy się o jego małżeństwie z zupełnie inną kobietą, która przewija się jako postać drugoplanowa.

Trauma czy zauroczenie?

Kiedy opowiadałam o książce rodzinie i znajomym Ci współczująco pocieszali mnie, że z pewnością dam radę ją szybko przeczytać i zrecenzować. Bardzo intymne fakty i myśli owszem, były szokujące, niekiedy zniesmaczające, ale prawdą jest, że nie mam ani jednego złego słowa na dzieło Acimana. Ta książka mi się zwyczajnie spodobała. Zawsze zastanawiałam się jak faceci mogą przeżywać i odczuwać miłość, a zwłaszcza miłość do mężczyzny. To było ciekawe doświadczenie. Zauroczyło mnie “Pięć zauroczeń“, ot co.


Polecam książkę miłośnikom literatury pięknej i wyjątkowych historii miłosnych. Książka opowiada o mężczyźnie biseksualnym, zatem osobom przewrażliwionym na punkcie LGBT podziękujemy 🙂 To nie jest lekka książka, ale zapewniam, że warta przeczytania. Z przyjemnością ugoszczę ją w mojej domowej biblioteczce. Jeszcze do niej wrócę.

Nie kryję, nie jestem fanką thillerów i kryminałów. Mimo to lubię od czasu do czasu oderwać się od ukochanej fantastyki i zatopić się w czymś odmiennym. Tak się składa, że w książkach tego typu odrzuca mnie pewna kwestia. Nie treść. Nie krwawe sceny, brutalność czy tajemnicze zagadki, a… okładki. Bardzo rzadko się zdarza, że kryminał/thiller ma ładną szatę graficzną. Znaczna większość tego gatunku ilustruje twarze/sylwetki ściągnięte ze zdjęć stockowych. Ubolewam nad tym. Wiem, że nie ocenia się książki po okładce, że liczy się treść, ale moje oczy ściśle współpracujące z rozumem sprawiają, że omijam takie egzemplarze szerokim łukiem i w księgarniach rzucam się na nieco gustowniejsze okładki. Jeśli są tłoczone i złocone to tym bardziej atakuję je niczym sroka nie zwracając uwagi na zawartość portfela! Tak, to nieco niepokojące. Nie, nie zamierzam tego okiełznać.

Ostatnio w moje ręce trafił thiller polskiej autorki pod tytułem “Bliżej, niż myślisz”. Dzięki interesującemu opisowi postanowiłam dać jej szansę.

bliżej niż myślisz

Ewa Przydryga

Urodziła się i mieszka w Poznaniu. Jest absolwentką filologii angielskiej, pracuje jako nauczycielka i tłumacz języka angielskiego. Jej pasją są podróże po najodleglejszych zakamarkach Francji; i w jedną z nich, biegnącą przez tamtejsze metropolie, zapomniane wioski, a wreszcie świat wyobraźni, zabiera czytelników swojej książki. Zadebiutowała powieścią “Motyle i ćmy”.

Bliżej, niż myślisz

Książka wydana została przez wydawnictwo Muza. Jej premiera odbyła się 20 maja 2020 roku. Liczy 320 stron. Zalicza się ona do gatunku thiller/kryminał. Przydryga opisuje historię młodej kobiety, właścicielki małego pensjonatu mieszczącego się w Gdyni. Pewnego wieczoru jest świadkiem morderstwa, jednak policja nie do końca wierzy w jej zeznania. Brak jakichkolwiek śladów, nagrań z monitoringu, a także choroba Werner sprawiają, że kobieta nie brzmi wiarygodnie. Kobieta nie zamierza odpuścić i wszczyna własne, dość ryzykowne śledztwo, które doprowadza ją do szokującej prawdy.

Pierwsze wrażenie

Kiedy otrzymałam “Bliżej, niż myślisz” byłam bardzo sceptycznie nastawiona. Nieciekawa okładka od razu mnie zniechęciła. Jednak opis umieszczony na tylnej okładce mnie intrygował. Przeczytałam prolog i wiedziałam, że muszę przeczytać tą książkę. Intrygowała mnie postać Niki, jej udręczona tragiczną przeszłością dusza.

Język autorki jest bardzo zaawansowany. Sposób w jaki obrazuje postacie, miejsca, a przede wszystkim wewnętrzne rozterki, myśli i emocje głównej bohaterki jest po prostu godny podziwu. Nie ukrywam, że zazdroszczę tego daru i cicho liczę, że kiedyś dorównam jej talentowi.

Książka nie jest według mnie lekką lekturą. Czytając ją potrzebowałam jak najwięcej ciszy i skupienia by móc rozumieć tekst i dziejące się w niej wydarzenia. Nie mogłam usposobić się z Niką Werner. Zraniona (zdaje się, że na wszelkie możliwe sposoby) przez los kobieta trwa w swoim wewnętrznym okaleczeniu i usiłuje żyć dalej. Powracające wizje przeszłości, tzw. flashbacki i alkoholizm nieustannie stają jej na przeszkodzie. Nie znam takich przypadków osobiście, jestem osobą szczęśliwą, wolną od jakichkolwiek traum z przeszłości, a zatem codzienność głównej bohaterki była dla mnie totalną nowością. Musiałam poświęcić jej maksimum skupienia by ją zrozumieć i wejść w jej świat.

Nie do końca thiller

Przydryga świetnie obrazowała wątki psychologiczne, którymi wprowadza czytelnika do psychiki bohaterki. Jednak iście dramatyczne opisy sprawiły, że zabrakło mi czegoś w tej książce. Wertując strony bardziej skupiałam się na zrozumieniu i współczuciu kobiecie, niż na budowaniu napięcia odnośnie śledztwa. Emocje, które powinny towarzyszyć temu gatunkowi od pierwszej strony pojawiły się dopiero pod koniec lektury. Te popchnęły mnie prędko ku końcowi. I już. Zagadka rozwiązana. Choć finisz sam w sobie był zaskakujący i satysfakcjonujący czułam niedosyt. Oczekuję nieco więcej targających mną emocji od thillerów.

Zdaje mi się, że potencjał książki nie został w pełni wykorzystany. Chciałam dogłębnie poznać całą historię bohaterki i odniosłam wrażenie, że jest w niej sporo niedopowiedzeń. Nie mniej jednak nie należy brać tego do siebie. Zdaje się, że to mój syndrom nienasyconego czytelnika. Ostatnio ubolewam nad każdą książką, że kończy się zbyt szybko. Trudno jest mi rozstawać się z bohaterami, których polubiłam i w których problemy zdążyłam się zaangażować. Wciąż chcę więcej i więcej.

Polecam egzemplarz fanom thillerów i kryminałów. Książka jest godna uwagi, jednak jest to raczej mieszanka dramatu i obyczajówki z kryminałem. Ponadto uważam, że to książka na jeden raz. Przeczytać i podać dalej. Nie sądzę, by ponowne zagłębianie się w treść “Bliżej, niż myślisz” miało sens.

Gdzie zaczyna się bezwład

Allyson Carpender odzyskuje świadomość po katastrofalnym wypadku samolotu gdzieś w Górach Skalistych. Pilot nie przeżył. Dziewczyna wie, że ma kłopoty i mimo rozległych ran nie popada w bezwład. Postanawia uciekać. Zabiera ze sobą wszystko, co według niej jest niezbędne do przetrwania i znika pomiędzy gąszczem bujnych lasów i ostrymi jak brzytwa skałami.

Podczas gdy Allyson walczy o życie, jej matka, Maggie, dowiaduje się o wypadku córki. Nie wierzy, że dziewczyna odeszła, szczególnie, że nikt nie znalazł jej ciała. Zaczyna własne śledztwo i okazuje się, że nie znała swojego dziecka. Stara się odtworzyć ostatnich dziesięć lat jej życia i nie może uwierzyć w to, czego się dowiaduje.

Im dalej w las, tym ciemniej

Tajemnica goni tajemnicę. Duma nie pozwalała wyciągnąć ręki po pomoc, stereotypy zamykały usta, a chowane urazy pozwalały dalej tonąć w bagnie. Jak tu się odnaleźć, kiedy nic nie trzyma się kupy, informacje są okrojne i autorka do granic możliwości przeciąga ujawnianie kolejnych sekretów, wciąż skacząć od matki do córki i spowrotem w najbardziej newralgicznych momentach?

Bezwład jest debiutem Jessici Barry. I kiedy zaczęłam ją czytać, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że wszystko jest jakieś naciągane. Pilot nie żyje, a kobieta wychodzi z niezbyt poważnymi ranami (poharatana lewa noga i złamany jeden palec, wybity bark). Rusza na wędrówkę, od której zależy jej życie – musi uciekać. Zabiera ze sobą wszystko co udaje jej się znaleźć do jedzenia, bez problemu odnajduje swoją torbę, przebiera się (ze wspomnianymi wcześniej urazami), pakuje i opuszcza miejsce wypadku. Ucieka od kilku dni, śpi na ziemi, nie chroni jej nic w deszczowe dni i znając wiele survivalowych historii, ta wydaje mi się szczególnie mało prawdopodobna.

Tymczasem matka Allyson zaczyna dowiadywać się coraz więcej o swojej córce i okazuje się, że z każdą docierającą do niej wiadomością zna ją coraz mniej. Obie ukrywały przed sobą zbyt wiele, a teraz miało być już za późno na cokolwiek. Czyżby?

Jessica Barry “Bezwład”

Według mnie…

Początki były dość nieścisłe i mało prawdopodobne. Nie pomagał mi też brak sympatii do głównej, uciekającej bohaterki. Uważałam, że jej postępki były dziecinne i szła na łatwiznę, dzięki czemu wpakowała się w kłopoty. Przez jedną trzecią książki tkwiłam w tym samym miejscu – lasach i wzgórzach w Górach Skalistych, oraz w domu Maggie i kiedy stwierdziłam, że “Bezwład” raczej nie zagrzeje miejsca w moim sercu, zauważyłam, że jestem ciekawa co takiego działo się w życiu Allyson, że postępowała tak głupio! I właśnie w tym momencie utonęłam.

Uważam, że każdy powinien sam przekonać się o tym, czy “Bezwład” zawładnie jego czytelniczym sercem. Według mnie, to ciekawa propozycja od początkującej amerykańskiej pisarki, której pióro wciąż jest trochę bezbarwne, ale rokuje dobrze na przyszłość.

Czy wiesz, że istnieją kosmetyki antysmogowe przeznaczone dla mieszkańców miast? Zapraszam na recenzję kosmetyków Polli Organics Skin Care.

Życie w mieście jest fajną sprawą. Wygoda, dostęp do sklepów, wszelakich dóbr i rozrywek, a przede wszystkim nieustanny kontakt z ludźmi to jedne z wielu zalet, które sprawiły, że postanowiłam zapuścić tutaj swoje korzenie. Miasto niestety ma też swoje wady. Ograniczony kontakt z naturą, mniej prywatności, ciszy i spokoju. Trudno tutaj ujrzeć rozgwieżdżone niebo, bo latarnie miejskie biją swoim blaskiem w okna. Rankiem nie tyle słychać śpiew ptaków co szum przejeżdżających aut albo trajkoczących przechodniów. W powietrzu wisi smog, który szkodzi nie tylko naszym płucom ale i skórze…

Na wszystko jest jednak sposób. By obserwować gwiazdy wybieram się na romantyczne, pełne magii nocne spacery. By usłyszeć ptasi koncert wyjeżdżam do babci na wieś. Natomiast kiedy chcę uchronić swoją skórę przed smogiem, stosuję kosmetyki antysmogowe.

Mieszkam co prawda w niewielkim miasteczku, ale nawet tutaj zanieczyszczone powietrze daje się we znaki. Początkowo byłam rozbawiona samą ideą marki Polli. Jednak kiedy przeanalizowałam sprawę zrozumiałam, że faktycznie stan mojej cery pogorszył się od jakichś pięciu lat, czyli dokładnie tyle, ile mieszkam w mieście. Zapchane pory i liczne przebarwienia zaczęły występować u mnie coraz bardziej.

Polli Organics Skin Care

Polli Cosmetics Skin Care to pierwsza marka produkująca kosmetyki antysmogowe jaka pojawiła się w mojej toaletce. Kreatorka marki – Natalia Kokina dba, by produkty jej autorstwa były dostosowane przede wszystkim do mieszkanek miast. Kosmetyki pozbawione są wypełniaczy, barwników, sztucznych aromatów, olejów mineralnych, parabenów i silikonów. Dostosowane są do panującego klimatu. Działają łagodząco i nawilżająco, tworząc skuteczną barierę ochronną.

Delikatna pianka oczyszczająca do twarzy

Polli Organic Skin Care

Pianka sprawdza się dokładnie tak, jak powinna. Delikatnie myje muskając naskórek maleńkimi bąbelkami. Kosmetyk pozostawia twarz delikatnie nawilżoną i odświeżoną. Produkt jest wydajny, nawet bardzo. Zapakowany w specjalny pojemnik z dozownikiem. Ma przyjemny, choć apteczny zapach, który szybko się ulatnia. Pianka łagodzi wszelkie stany zapalne, zmiany trądzikowe, koi i delikatnie poprawia koloryt skóry. Usuwa zanieczyszczenia w bardzo łagodny sposób. Nie powoduje przesuszania, czy nieprzyjemnego ściągania skóry. Jej składniki w 99% są pochodzenia naturalnego. Bezpieczny i skuteczny kosmetyk.

Delikatnie nawilżający krem do twarzy

Polli Organics Skin Care

Krem jest dla mnie dużym odkryciem. Jego konsystencja jest zadziwiająca. Przypomina nie tyle krem co serum. Jest dość rzadki i ma charakterystyczny żółty odcień. Pierwsze skojarzenie z jego wyglądem to deser z dzieciństwa, który często przygotowywała mi babcia – kogel-mogel. Niestety to z pewnością nie ów smakołyk. Pachnie aptecznie, lekko ziołowo, niekoniecznie przyjemnie. Mój nos go nie polubił. Kosmetyk nałożony na twarz wchłania się ekspresowo, dosłownie! A wraz z jego wnikaniem w naskórek zapach się ulatnia. Jestem więc w stanie go zaakceptować. Zapakowany został w wygody i wydajny pojemnik. Zawiera dozownik, który odmierza idealną ilość specyfiku, wystarczającą na pokrycie całej twarzy. Kosmetyk stanowi idealną bazę pod makijaż. Nigdy wcześniej nie miałam kremu, ani nawet bazy, które by tak świetnie współgrały z makijażem. Krem pozostawia swego rodzaju filtr, ale w żadnym wypadku nie jest to tłusta, czy wyraźnie odczuwalna powłoka. Produkt jest bardzo wygody w użytkowaniu i spełnia swoją rolę.

polli organics

Z czystym sumieniem mogę polecić kosmetyki marki Polli Organics Skin Care. Przystępując do ich testowania byłam nastawiona bardzo sceptycznie. Nie pasowała mi konsystencja i kolor kremu, a także zapach obydwu produktów. Już na samym starcie założyłam, że się nie polubimy, a jednak! Wystarczył tydzień regularnego stosowania, by okryć ich cenne właściwości. Stan mojej cery widocznie się poprawił. Nie ukrywam, że moja twarz nadal ma skłonności do przebarwień i zapychania porów, jednak występuje to w zdecydowanie mniejszym stopniu niż dotychczas.

Jedną z cech które Maja odziedziczyła po mnie jest zamiłowanie do książek. To istny cud, że w ciągu swojego 2 letniego życia nie zniszczyła ani jednej swojej czytanki. Od zawsze traktuje książki z należytym szacunkiem, chętnie uczęszcza do biblioteki, cieszy się ogromnie na nowości w swojej domowej kolekcji. Regały w naszym mieszkaniu groźnie uginają się pod swoim ciężarem, ale czytanie to pasja, na której nie powinno się szczędzić czasu, pieniędzy i miejsca, prawda?

Codziennie przed snem czytamy książeczki, przez co musimy na bieżąco szukać kolejnych interesujących tytułów. Podczas ostatnich poszukiwań trafiłyśmy na ciekawe historyjki dla dzieci autorstwa Martyny Kwiatkowskiej. Zapraszam na recenzję jednej z ich.

Autorka

Martyna Kwiatkowska – ur. 1992 r., zodiakalny Skorpion. Bardzo lubi czytać książki, ale także łączyć pasję z pracą, czyli podróżować. Zawodowo zajmuje się ubezpieczeniami i korepetycjami., prowadząc własną firmę. W wolnych chwilach pisze blog www.pojedztam.pl

Kraina bez książek Martyna Kwiatkowska

Opis: Zastanawiasz się, jak zachęcić dziecko do czytania książeczek? Niepotrzebnie. Dzięki Dorci, Tadkowi i Maćkowi jest to niezwykle proste. Dzieci kochają tę trójkę przyjaciół oraz ich przygody, ponieważ bohaterów nie sposób nie lubić!

Poznaj przygody Dorci, Tadka i Maćka, którzy nie umieją żyć bez bajek. Ze świata zniknęły wszystkie publikacje, więc postanawiają stworzyć swoją. Przekonaj się, czy udało im się odzyskać zaginione książki?

Książeczka oprawiona jest w solidną, twardą okładkę. Treść drukowana jest na mocnym, błyszczącym papierze. Dzięki temu lektura jest trwała i nie straszne są jej dziecięce rączki.

Całość liczy szesnaście stron. Historia dotyczy trójki dzieci: Dorci, Tadka oraz Maćka, którym niespodziewanie zniknęły wszystkie książki. W zasadzie książeczki zniknęły z całego świata. Trójka przyjaciół wie jak ważne jest czytanie i ile dobra kryje się w zapisanych historiach. Postanawiają zatem wyruszyć na poszukiwanie zaginionych egzemplarzy. Na swej drodze spotykają ciekawe postacie, które zadają im różne pytania i zadania do wykonania, aby mogli kontynuować podróż.

Wyprawa jest bardzo intrygująca i dynamiczna. Jest to historia, którą spokojnie można przeczytać w jeden wieczór. Jest to plus dla najmłodszych czytelników, którzy nie nabrali jeszcze cierpliwości.

Nie mniej jednak mam wrażenie, że potencjał książki i samego pomysłu na nią nie został w pełni wykorzystany. Brakuje mi choć jednego zwrotu akcji, bardziej rozbudowanych opisów. Czuję niedosyt tej historii.

Opowiadanie zawiera liczne barwne ilustracje, które mimo swej prostoty cieszą oko. Wyglądają jak typowe dziecięce malunki, lecz jak wiadomo te są najbliższe małym czytelnikom. Autorką ilustracji i okładki jest Olga Vitos.

Czytanka mimo, iż jest krótka przypadła nam do gustu. Szczególnie Majka oszalała na jej punkcie. Od tygodnia wybiera ją jako czytankę do snu. Z przyjemnością kupimy pozostałe części przygód Dorci, Tadka i Maćka.

Książkę „Kraina bez książek” w cenie 27,90 zakupisz tutaj, natomiast pozostałe dzieła Kwiatkowskiej możesz podejrzeć tutaj.

Mowa serca to książka motywacyjna jaką w ostatnim czasie wypuściło na rynek wydawnictwo Muza. Lektura skierowana jest do kobiet, a jej zadaniem jest podnosić nas na duchu, motywować do działania i uświadamiać naszą wartość. Ma rozweselać nas w pochmurne dni, pomagać podejmować dobre decyzje, skłaniać do pozytywnego myślenia. Mówiąc krótko: ma być pocieszycielem w formie książki.

mowa serca

Cleo Wade

Autorką książki jest Cleo Wade – poetka, artystka i opowiadaczka znana jako głos swojego pokolenia. Łączy pozytywne myślenie z nieubłaganą szczerością, która inspiruje czytelników w każdym wieku.

Mieszanka delikatnych, ciepłych słów

Ta książka to mieszanka delikatnych, ciepłych słów potrzebnych do lepszego życia.” – zapewnia nas autorka. Ale czy faktycznie tak jest?

Nie mam wątpliwości, że dzieło Cleo Wade jest wartościowe. Zawiera ciekawe treści, sporą dawkę nie byle jakiej poezji, (którą niezwykle ubóstwiam) i cenne wskazówki. Jednak nie jest to książka na jeden wieczór. Należy delektować się nią stopniowo z umiarem. Bo im zachłanniej zatracamy się w kolejne strony, tym szybciej przestajemy odkrywać zapisany na nich przekaz. Łatwo można zarzucić Wade monotematyczność, zwłaszcza jeśli chodzi o wiersze, dlatego proponuję, by nie wertować ich zbyt prędko.

Mowa serca skłania nas do wędrówki do własnego “ja”. Pomaga nam je analizować, wyszukiwać nasze zalety, uczy w jaki sposób należy żyć w harmonii z samą sobą i jak pielęgnować osiągniętą akceptację.

wiadomość od dzisiaj

może
nie
zajutrzaj
sobie
życia

Wady książki

Wiem, że nie ocenia się książki po okładce, ale przecież ona także ma znaczenie. Zwłaszcza w przypadku poradników, po które sięgać będziemy często. Bo jak sama autorka proponuje: “Trzymaj ją przy łóżku lub noś w torebce, by czasem wykraść chwilę dla siebie“.

Książka jest urocza. Jednakże są tutaj elementy, których wręcz nie potrafię przeboleć. Szata graficzna Mowy serca jest moim zdaniem brzydka. Zwyczajnie brzydka. Wizualność lektury motywacyjnej dla przedstawicielek płci pięknej powinna być równie kobieca i delikatna jak jej treść, jak jej czytelniczki. Tymczasem okładka – mazane na czerwono, beżowo i czarno napisy na tle piaskowej tekstury – nijak nie współgrają mi z wnętrzem lektury.

Kolejna rzecz. Jak można dać tak toporną, masywną i paskudną czcionkę do tak delikatnej treści? To zbrodnia. Absolutnie nie mogę tego wybaczyć. Ubolewam nad tym ogromnie. Brr…

I ostatnia kwestia – ekologia. Książka zawiera sporo stron z gigantycznymi napisami. Jedna strona, zaledwie dwa zdania. Oczywiście napisane tą paskudną czcionką… Ani to estetyczne, ani rozsądne. Szanuję ekologię i nie pochwalam takich rozwiązań. Chociaż gdyby czcionka była ładna, w standardowym rozmiarze to zapewne przymknęłabym oko na marnowanie stron.

mowa serca

Bez względu na to czy szukasz inspiracji i pociechy w życiu codziennym, w pracy czy też w celu osiągnięcia konkretnego marzenia – Mowa serca z pewnością będzie dobrym wsparciem, bodźcem, który pchnie Cię na przód, zmotywuje do działania. Może i nie jest przyjemna dla oka, ale dla duszy i serca jak najbardziej.