Zdarza się każdemu wybrać książkę po okładce. Wiadomo, coś musi przykuć naszą uwagę. Tak właśnie było tym razem. Wszystko co zewnętrzne, obiecało mi pełną napięcia, grozy, przerażającego zła i problemów bez wyjścia, a co dostałam?

Na początku poznajemy Fi – realistkę, twardo stąpającą po ziemi kobietę, która wraca do domu po kilku dniach nieobecności i zauważa, że ktoś wprowadza się do jej wartej mnóstwo pieniędzy nieruchomości. Co ciekawe, nigdy nie zamierzała jej sprzedać… Próbuje wyjaśnić ludziom, którzy uważają się za nowych właścicieli, że zaszła jakaś pomyłka, fałszerstwo lub głupi dowcip. Stara się skontaktować ze swoim mężem z którym jest w separacji.

Bram, mąż Fi, jest wspaniałym, wręcz doskonałym ojcem, ale mniej radzi sobie jako kompan życia. To typ porywczego mężczyzny, który potrafi poddać się słabościom i chwilowym pragnieniom, by następnie nie radzić sobie z konsekwencjami swoich poczynań.

Fi tkwi w swoim koszmarze. Pracownicy wnoszą obce rzeczy, meble i sprzęty do jej domu. Przedmioty jej rodziny zniknęły. Ludzie, którzy uważają że nieruchomość należy do nich, zaczynają traktować kobietę jako niepoczytalną lub co najmniej bardzo zagubioną. Fi wciąż próbuje dodzwonić się do Brama, ale pozostaje nieosiągalny. Kobieta odkrywa jeszcze gorszą rzecz – nie ma pojęcia gdzie są jej synowie. Zły sen w jakim się tak nagle znalazła, odbiera jej siły, pęta w liny bezsilności i odbiera resztki nadziei.

W międzyczasie, gdy Fi próbuje dowiedzieć się kto stoi za zamieszaniem związanym z ich domem, położonym na przedmieściach Londynu, poznajemy historię ich życia, cofamy się do czasu, gdy cały ten koszmar zaczynał się ziszczać. Dowiadujemy się dlaczego małżeństwo Fi i Brama miało tyle problemów, co stoi za tym, że jest ono definitywnie skończone, oraz rozwiązujemy zagadkę związaną z domem.

Czy rzeczywiście Bram mógł być za to odpowiedzialny? A może to realistka Fi straciła grunt pod nogami i zapomniała, że dom został wystawiony na sprzedaż? Co się stało z jej rodziną, gdzie są dzieci?

A teraz mniej o samej fabule, a więcej o stylu. Forma narracji odbiega od klasycznych. Mamy tutaj narrację pierwszoosobową Brama i Fi. Bram zwykle przekazuje nam swoją historię i kierujące nim pobudki za pomocą plików tekstowych Word, które później wysyła mejlowo. Z kolei Fi, loguje się na stronie internetowej „Ofiary” i opisuje swoją sytuację, dlatego możemy czasami czytać komentarze internautów. Oprócz plików Word i odcinkach w „Ofiarach”, występuje też narracja bezpośrednia Fi, która w większości mówi o swoich uczuciach, życiu jakie wcześniej prowadziła z Bramem i garści użaleń. Jest także jeszcze jeden narrator, trzecioosobowe opisy tego, co dzieje się u pani Lawson. Można się chwilami pogubić. Zabieg ten jest dość ciekawy, gdyby… tak wiele informacji wciąż się nie powtarzało.

I tutaj przechodzimy do zarzutów dotyczących powieści: początek, a w zasadzie pierwsze sto pięćdziesiąt stron, to męczarnia. Wciąż powtarzane przez głównych bohaterów historie, kręcimy się wokół domu, ich żali, błędów, kłamstw, uczuć i jest naprawdę ciężko. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak bardzo męczyłam się z książką. Czytałam ją na siłę, bo poczułam chęć zrozumienia Brama, który mimo że był dorosłym mężczyzną i zachowywał się skrajnie nieodpowiedzialnie, to polubiłam tą jego nieudolność. Chyba dlatego wydał mi się być ciekawy i nieco bardziej rzeczywisty niż reszta bohaterów.

Do kolejnej wady książki należą sami bohaterowie – zamiast przez jedną trzecią książki męczyć czytelnika, skupiłabym się na tworzeniu postaci. O ile jakoś bronią się Bram, Mike i Wendy, tak reszta jest dość przeźroczysta i nijaka. Bardzo trudno czytać mi książkę o kimś, kogo nie potrafię sobie wyobrazić. Wiadomo, nie każdy może być wyrazisty, soczysty i rzeczywisty, ale jeżeli problem dotyczy wszystkich postaci w mniejszym lub większym stopniu, pojawia się problem.

Później akcja się rozkręca, dowiadujemy się coraz więcej, stopniowo układamy niewiadomą w pełną historię i… myślimy o tym, że rozwiązalibyśmy to zupełnie inaczej. Czasami absurdalne zachowania, nierzeczywiste i mało prawdopodobne, aż kuły w oczy. Wciąż zastanawiałam się, jak bym postąpiła na miejscu Brama (nie Fi, ponieważ za mało rzeczywista była dla mnie jej bohaterka i nie potrafiłam się z nią utożsamić) i wciąż byłam przekonana, że mógł postąpić inaczej.

Największym plusem książki jest zakończenie, które okazało się dość zaskakujące i to właśnie ostatnie strony mnie zainteresowały najbardziej.

Nie mogę powiedzieć, że zmarnowałam czas na ponad 500 stron, nie mogę też z czystym sumieniem polecić „Na progu zła”. Jedno wiem na pewno, więcej po nią nie sięgnę, ponieważ czeka na mnie wiele ciekawszych pozycji.

Zostaw komentarz